Wiele hałasu w haremie | Nowa Konfederacja


Bartłomiej Radziejewski
Redaktor naczelny „Nowej Konfederacji”, dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego

Wiele hałasu w haremie

Nasza debata głównego nurtu pogrąża się w hiperrzeczywistości. Prawie całą uwagę opinii publicznej absorbuje nieistotny zgiełk. Realne, nieskończenie ważniejsze życie polityczne toczy się w tle

W popularnym serialu Wspaniałe stulecie, pokazującym życie osmańskiego seraju w XVI w., haremowe kobiety całe dnie spędzają na intrygach. Obrażają, kłamią, zdradzają, manipulują, nawet mordują. Dużo przy tym wielkich słów, krzyków, emocji. Stawką jest pozycja w haremie, najwytrawniejsze z intrygantek mogą zasadnie marzyć nawet o pełnej nad nim kontroli. Wszystko to składa się na niezły thriller polityczny. Ale niewieście wysiłki są zarazem strategicznie trzeciorzędne: niezmiernie rzadko udaje im się wywrzeć wpływ na państwo, podążające własnym, dostojnym rytmem. Całe to kotłowanie, wszystkie te wojenki i zwroty akcji – są w istocie tylko zamieszaniem w tle. Uczestniczki zdarzeń angażuje ono jednak niemal całkowicie, jest ich – mówiąc językiem Baudrillarda – hiperrzeczywistością.

Fantomowa władza

Podobnie jest z polską polityką. Od 1989 roku bodaj ani razu nie sięgnęła ona wyżyn zasługujących na to miano, tj. samodzielnego definiowania i realizacji celów o znaczeniu strategicznym. Reformy Balcerowicza były tylko implementacją zasad Konsensusu Waszyngtońskiego. Nasz ustrój polityczny nie zawiera bodaj żadnego pozytywnie odróżniającego nas od państw zachodnich rozwiązania. Potem było tylko gorzej: od banału bieżącego zarządzania udawało się odejść tylko sporadycznie (Konstytucja, duże reformy Buzka czy likwidacja WSI). Próba przeniesienia polityki na pierwszy plan, w którym działać miała zbudowana wspólnie przez PO i PiS IV Rzeczpospolita, spaliła na panewce.

Najważniejszą przyczyną tej „haremowości” polskiego życia publicznego jest brak państwa z prawdziwego zdarzenia. Władza premiera, w przeciwieństwie do jego odpowiedników w Niemczech, Wielkiej Brytanii itd., jest fantomowa: nie jest on w stanie nawet dowiedzieć się, co dokładnie się dzieje w podległych mu resortach. Tym bardziej nie może ich efektywnie zadaniować ani nadzorować. Nie ma nawet zaplecza pozwalającego porządnie planować realną politykę, a nawet gdyby je posiadał, nie miałby jak przekuć strategii w decyzje. To tylko wierzchołek góry lodowej: podobnie bezradni są często ministrowie wobec podległych im urzędników. Ale to osobna historia.

Dość powiedzieć, że mamy tak zwyrodniałe instytucje publiczne, że o ile życie w Polsce przypomina często „pływanie w kisielu” (jak to określił Rafał Ziemkiewicz), o tyle rządzenie naszym krajem jest jak pływanie w smole. Niewiele człowiek zrobi, za to ubrudzi się co niemiara. Zastąpienie zaś smoły wodą jest niemożliwe bez radykalnych zmian instytucjonalnych. Są liczne dowody na to, że politycy – od Palikota po Kaczyńskiego – doskonale o tym wiedzą. Ale już wśród dziennikarzy i zwykłych obywateli świadomość problemu jest nikła – i dlatego właśnie zmorą polskiej debaty jest ekscytowanie się sprawami trzeciorzędnymi, a ignorowanie pierwszorzędnych, o których należałoby politykom nieustannie przypominać i z zajmowania lub niezajmowania się nimi skrupulatnie ich rozliczać.

Nieelegancko, ale legalnie

Warto patrzeć na polską politykę z tej właśnie perspektywy, wyłuskując to, co istotne, i oszczędzając sobie zbędnych emocji i fatygi.

Pierwsze tygodnie rządów PiS zdominował spór o Trybunał Konstytucyjny, w znacznie mniejszym zaś stopniu dyskusja o nowych podatkach, likwidacja służby cywilnej czy przejęcie mediów publicznych. Wielokrotnie padły oskarżenia o „zamach stanu”, „niszczenie demokracji” i rewolucyjne zapędy.

Na kanwie awantury o TK skonfrontujmy fakty z hiperrzeczywistością. Do czerwca ubiegłego roku wyboru sędziów tego trybunału każdorazowo dokonywał ten sejm, za którego kadencji upływała kadencja sędziego lub sędziów. Do wyboru „na zapas” przymierzał sie SLD w 1997 roku, wycofał się jednak pod wpływem krytyki (m.in. prof. Zolla, ówczesnego prezesa TK). To, co nie udało się spadkobiercom PZPR, Platforma Obywatelska bez większego rozgłosu przeforsowała w 2015 roku, wybierając trzech sędziów na miejsce tych, których kadencja upływała w listopadzie, i dwóch „grudniowych” (przy wyborach parlamentarnych 25 października). Dodajmy, że cała odchodząca piątka została wybrana w 2006 roku, czyli za poprzednich rządów PiS. Tym puczem na dobrym obyczaju, chroniącym równowagę partyjną w TK, PO zwiększyła swój „stan posiadania” w Trybunale z 9 do 14 sędziów. Co szczególnie gorszące, dokonała tego we współpracy z częścią sędziów, z prezesem Rzeplińskim na czele. PiS, mające na początku obecnej kadencji tylko jednego „swojego” nominata, do 2019 roku będzie mogło w sądzie konstytucyjnym obsadzić cztery miejsca (z czego jedno to zastąpienie poprzedniego „delegata”), dzięki czemu zwiększy liczbę „swoich” sędziów do czterech.

Rządzenie naszym krajem jest jak pływanie w smole. Niewiele człowiek zrobi, za to ubrudzi się co niemiara. Zastąpienie zaś smoły wodą nie jest możliwe bez radykalnych zmian instytucjonalnych

Jasno z tego wynika, że rezygnując z wyboru więcej niż jednego sędziego spośród pięciu „siłą” osadzonych przez PO, PiS pozbawiłoby się większości w TK aż do końca obecnej kadencji. Oznacza to, że sens miała wyłącznie walka o wszystkich pięciu. PO ułatwiła przeciwnikowi sprawę, wybierając dwóch „grudniowych” sędziów niezgodnie z Konstytucja, a trzech „listopadowych” – wadliwą w opinii wielu prawników uchwałą.

Wbrew niezliczonym wrzaskom stawką gry o TK nie była więc zmiana ustroju, ale po prostu przywrócenie stanu sprzed PO-wskiego „zamachu” i odzyskanie przez PiS należnej mu możliwości nominowania większości sędziów do 2017 roku. Działania partii Jarosława Kaczyńskiego były chaotyczne, nieeleganckie i chwilami niedbałe, ale zarazem legalne, a co do istoty – zasadne i zrozumiałe.

Podobnie PiS-owska nowela ustawy o TK nie zawierała, wbrew antyrządowej propagandzie, niczego sprzecznego z regułami państwa prawa. Decydowanie większością kwalifikowaną nie jest ewenementem, stosuje je na przykład w niektórych sprawach – uchodzący za wzorcowy – niemiecki Federalny Trybunał Konstytucyjny. Niektórzy prawnicy postulują wręcz wprowadzenie w jego polskim odpowiedniku zasady jednomyślności w ważniejszych sprawach. Czyni tak choćby prof. Artur Ławniczak w książce pod redakcją… ex-doradcy prezydenta Komorowskiego, dr. Moniki Haczkowskiej (Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej. Komentarz). Z kolei rozpatrywanie spraw wedle kolejności jest podstawową zasadą tak w sądach powszechnych, jak i w TK. I o ile m.in. różnorodność spraw rozpatrywanych przez te pierwsze uzasadnia jak się wydaje wyjątki od tej reguły, o tyle trudno znaleźć powód dla uznaniowej władzy prezesa Trybunału w tym względzie. Chyba że za taki powód ktoś skłonny jest uznać możliwość szybkiego zablokowania lustracji czy włączenia się w trwającą akurat awanturę polityczną.

Obozowi antyrządowemu udało się jednak w tej sprawie wciągnąć swoich zwolenników w samonapędzającą się hiperrzeczywistość. Jeśli media swobodnie „rozszerzają” kompetencje TK o orzekanie o czym bądź, łącznie z na przykład uchwałami Sejmu, i zaczynają traktować każdą publicystyczną wstawkę w orzeczeniu (polski Trybunał jest znany z dezynwoltury) jak prawdę objawioną, to po parodniowym powtarzaniu tego typu przekłamań można już odbiorcy wtłaczać „oczywistości” wyższego rzędu, w rodzaju „Prezydent łamie Konstytucję”. To, że jedynie TK może to ostatnie stwierdzić, i że akurat nie stwierdził, to dla histerycznej propagandy nieistotne. Podobnie jak to, że wałkowana do bólu kwestia rzekomego wprowadzenia możliwości odwoływania sędziów przez Sejm okazała się medialnym wymysłem.

Warto nadmienić, że obie strony sporu zdają się poważnie przeceniać znaczenie partyjnych nominacji sędziów. Cieszą się oni wielką niezależnością: są nieodwoływalni przez polityków, otrzymują dożywotnie i spore wynagrodzenie, nie podlegają reelekcji. To zaś, że niektórzy z nich zachowują się jak funkcjonariusze partyjni, to chyba jeszcze za mało, żeby „czarne owce” traktować reprezentatywnie.

Jak widać, prostowanie wszystkich przekłamań w samej tylko w sprawie TK zaczyna być już materiałem na książkę. I to jest właśnie clue hiperrzeczywistości: można o niej rozprawiać bez końca.

Zamach? Koniec demokracji? Rewolucja? Można się rzecz jasna spierać o poszczególne rozwiązania, ale cała ta dramatyczna retoryka to nic więcej jak antypisowska histeria, „haremowy” zgiełk. Można ją interpretować jako cyniczną taktykę biznesową mediów narażonych na utratę intratnych reklam spółek skarbu państwa, do których się za czasów PO przyzwyczaiły. Ostra polaryzacja i dramatyczny przekaz to zapewne niezły pomysł na wzrost oglądalności czy sprzedaży. Trudniej pojąć rozumowanie opozycji politycznej, jak i wielu prawników, narażających się na groteskową wręcz śmieszność, jeśli tylko PiS zachowa w przyszłości elementarny respekt wobec liberalnej demokracji. Owszem, podważanie prawomocności przeciwnika i rzucanie mu od pierwszej chwili kłód pod nogi jest jakimś sposobem na wizerunkowe zaistnienie. Warto chyba jednak dzisiejszej opozycji przypomnieć (poza niepowagą i niedorzecznością tej metody), że stosowanie takiej taktyki w 2007 roku i później przez PiS na długo zamknęło mu ekspansję poza „twardy” elektorat.

Analogicznie przebiega dyskusja o przejmowaniu przez PiS ministerialnych departamentów i urzędów centralnych, spółek skarbu państwa, mediów publicznych. W rzeczywistości jedyna różnica między podbojem tych wszystkich stanowisk przez partię Kaczyńskiego i przez jego poprzedników dotyczy stylu, a nie istoty rzeczy. PiS działa ostentacyjnie i obcesowo, podkręcając polaryzację i tworząc wokół tych procesów aurę naprawdę poważnych zmian. Ograniczając się do przykładu służby cywilnej: PO przywróciła ją dla pozoru, by następnie i tak obsadzać wyższe stanowiska urzędnicze po uważaniu, obchodząc na różne sposoby oficjalne reguły. PiS tymczasem po prostu ją zlikwidowało, legalizując obowiązujący przez wiele lat stan faktyczny.

Tak samo wygląda desant Zjednoczonej Prawicy na inne sfery życia publicznego. Ci, którzy wiązali z nowym rządem nadzieje na wyższe standardy polityczne, mogą czuć się zawiedzeni. Inni z kolei wzruszą ramionami, mówiąc, że nic nowego się nie dzieje. Jednocześnie żadne fakty nie uzasadniają bicia w dzwony w związku z większym niż wcześniej zawłaszczaniem instytucji.

Na razie zawodzą

Można by zbyć cały ten pseudodemokratyczny jazgot żachnięciem, gdyby nie to, że ma on trzy poważne skutki dla Polski. Po pierwsze, impregnuje Polaków na rzeczywiste zagrożenia dla swobód obywatelskich, które zawsze mogą się przecież pojawić. Widać to już dziś na przykładzie nowych przepisów o kontroli operacyjnej. Te prawdziwie i skandalicznie antywolnościowe regulacje pod pretekstem troski o bezpieczeństwo dają strukturom siłowym znacznie większą swobodę w inwigilacji obywateli. Są przy tym bliźniaczo podobne do niedawnego projektu PO, przeciwko któremu zresztą PiS gwałtownie protestowało. Wiadomości o tych zmianach nie trafiły jednak na pierwsze strony gazet, a dla zniechęconych antypisowską histerią mogły po prostu zabrzmieć niewiarygodnie.

Drugie negatywne zjawisko to dyfamacja naszego kraju za granicą. Zachodni dziennikarze powtarzają tezy przeciwników PiS, przenosząc narrację o rewolucji i zamachu stanu poza tutejsze podwórko. To zaś daje niechętnym Polsce zagranicznym graczom instrument nacisku, którego w normalnej sytuacji by nie mieli.

Last but not least, nasza debata głównego nurtu pogrąża się w nowej wersji hiperrzeczywistości. Prawie całą uwagę opinii publicznej absorbuje „haremowy” zgiełk. Realne, nieskończenie ważniejsze życie polityczne toczy się w tle. Z jednej strony to nic nowego. Z drugiej jednak, PiS wielokrotnie budziło nadzieję na awans polskiej polityki do pierwszej ligi, m.in. poprzez radykalne wzmocnienie władzy wykonawczej czy podmiotową dyplomację. PO zaś po ośmiu latach zarządzania krajem miała predyspozycje do bycia bardzo dobrą, merytoryczną opozycją, bezlitośnie punktującą rząd za każde potknięcie, do czego zresztą nowa władza dostarcza wielu okazji. Obie strony jak na razie zawodzą.

Głównie korekty

Czym powinni się w pierwszym rzędzie zająć nasi politycy? Nawet dla najbardziej niepoprawnych optymistów jest już chyba jasne, że ukształtowany po upadku Związku Sowieckiego ład światowy trzeszczy w szwach. Rozsadza go wzrost potęgi Chin, Amerykanie próbują utrzymać status quo. Widmo nowej zimnej wojny czy też „gorącego pokoju” – krąży nad światem. Nawet bezapelacyjna wiara w zwycięstwo Waszyngtonu nie uprawnia do błogiej bezczynności, ponieważ globalny porządek już podlega dość dramatycznym lokalnie korektom – na Bliskim Wschodzie, na Ukrainie, na Zachodnim Pacyfiku. Historia wróciła w wielkim stylu, wywołując globalny wyścig o zgromadzenie przed nowym wielkim rozdaniem jak największego potencjału.

To oczywiste, że pozostając w obecnym stanie, Polska będzie w tej grze brała udział na beznadziejnie słabej pozycji. Grozi nam ponowne odegranie roli listka na wietrze, przedmiotu cudzych rozgrywek. Aby to zmienić, potrzeba przede wszystkim trzech rzeczy: budowy sterownego państwa, stworzenia silnej armii i wymyślenia na nowo, a następnie realizacji, polskiej polityki zagranicznej. Punkt pierwszy jest przy tym warunkiem pozostałych, bo bez realnej władzy politycznej silne wojsko grozi juntą, a dyplomaci będą plątać się sobie nawzajem pod nogami, zamiast działać jak dobra orkiestra.

W dalszej kolejności potrzebujemy pomysłu na wydobycie się z „pułapki średniego rozwoju”, bez którego najpewniej nie zdołamy przyśpieszyć zbyt powolnego jak na wymogi epoki gromadzenia bogactwa narodowego.

Tymczasem PiS zachowuje się tak, jakby zapomniało o swoim dawnym programie propaństwowym. Od dłuższego czasu hasła wzmocnienia egzekutywy, budowy realnego centrum rządu – schodzą na margines partyjnej agendy. Co gorsza, obecny układ polityczny – ze słabą premier, silnymi ministrami i głównym graczem zarządzającym spoza rządu – nie tylko w żaden sposób nie przełamuje, ale wręcz wzmacnia apaństwowe predylekcje poprzedników.

To oczywiste, że pozostając w obecnym stanie, Polska będzie brała udział w światowej grze na beznadziejnie słabej pozycji. Grozi nam ponowne odegranie roli listka na wietrze, przedmiotu cudzych rozgrywek

W polityce obronnej, oprócz widowiskowych zmian kadrowych, widać na razie jedynie korekty. Podważenie wyboru nieadekwatnych do polskich potrzeb amerykańskich antyrakiet Patriot to bardzo dobre posunięcie. Warto docenić odważniejsze zabiegi o udział w NATO-wskim programie „współdzielenia nuklearnego” (nuclear sharing, obrosłe niestety absurdalnym PR-em). Co do zasady mamy jednak dotychczas kontynuację niewystarczającej polityki obronnej Tomasza Siemoniaka i Bronisława Komorowskiego.

Z kolei polityka zagraniczna od polityki poprzedników różni się jak na razie tyko retorycznie. Na poziomie deklaracji i interakcji werbalnych „Polska wstaje z kolan”. W wymiarze działań nowy rząd prezentuje postawę bliźniaczo podobną do poprzedniego, czy to w kwestii pakietu klimatycznego, czy w sprawie Ukrainy, czy też lewarowania się współpracą z Chinami.

W expose premier Szydło znalazły się szumne zapowiedzi sugerujące początek nowej polityki gospodarczej. Zachwyceni tą wizją powinni jednak zważyć, że już PO wyhamowała prywatyzację, przyśpieszyła repolonizację banków i mocno postawiła na inwestycje publiczne. I tu mamy więc w rzeczy samej zapowiedź kontynuacji, a nie rewolucji.

Zbudować państwo

Polityka PO nie była doszczętnie zła. W wielu punktach (nuclear sharing, repolonizacja, Chiny) zasługuje na podtrzymanie lub niewielkie tylko skorygowanie. Jednak zarzucenie przez PiS planu budowy państwa to kontynuacja najgorszej praktyki III RP, skazującej polską politykę na trzeciorzędność, i marginalizującej Polskę w globalnym wyścigu. Ale to nam umyka, gdy zagłębiamy się w prowincjonalną hiperrzeczywistość.

Pozostaje wierzyć, że nasi politycy z czasem wezmą się jednak za prawdziwą politykę. W szesnastowiecznym Imperium Osmańskim pochodząca z Rzeczypospolitej Rusinka Roksolana przeszła drogę od zwykłej haremowej intrygantki do polityka z krwi i kości, faktycznego wicesułtana o wielkim wpływie na państwo. Z dzisiejszego polskiego „haremu” nie ma dokąd pójść, bo państwo praktycznie nie istnieje. Można jednak – i trzeba – wreszcie je zbudować.

Takiego awansu życzę naszym politykom, Drogim Czytelnikom, sobie i całej Polsce w Nowym Roku.

 

ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI DARCZYŃCOM. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Nowa Konfederacja w potrzebie


„Nowa Konfederacja” nr 1 (67)/2016
Opublikowano: 6.01.2016
pdfpdf


Skomentuj artykuł
  • WordPress(1)
  • Facebook(0)
  • Google Plus(0)
Jedna odpowiedź na „Wiele hałasu w haremie”
  • Całkiem dobra diagnoza sprowadzona na koniec do fałszywych, prowadzących do klęski wniosków.
    ———————————————————————————————————————————————————————
    A skoro to tekst RedNacz-a, to przypomnę, że fatalny engine NK sam zabija wartość publikowanych tu tekstów (widać to po samej „intensywności” życia w komentarzach). NK realizuje podręcznik „Jak nie tworzyć stron internetowych” w tak dużym stopniu, że nie wystarczy już tylko garść poprawek. Obawiam się, że mający tak odlotowo zabójcze dla usability pomysły twórcy witryny są kompletnie NIEREFORMOWALNI (oni, albo ich zleceniodawca) i nie powinni się mieszać do powstania nowego engine’u NK, lub tego, co powstanie na jej gruzach.
    ———————————————————————————————————————————————————————
    Obecnie nowakonfederacja jest w istocie tak fatalnie napisaną witryną, że powinna upaść jak najszybciej (nie bacząc na wartościową zawartość merytoryczną — w Internecie jeśli nie jesteś dostępny, to twoja zawartość jest bez znaczenia, wręcz marnujesz dobre teksty, czyli twoja wartość jest UJEMNA).

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZABEZPIECZENIE ANTYSPAMOWE - w celu zabezpieczenia przed robotami spamującymi prosimy rozwiązać proste zadanie. *
Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.