Renta neokolonialna, czyli ile jeszcze Polak zapłaci

Tylko w zeszłym roku legalny drenaż Polski z kapitału wyniósł blisko 82 mld zł, równowartość 5 proc. PKB. To rekord ćwierćwiecza. Jednak, wszystko na to wskazuje, zostanie on szybko pobity.

Żyjemy w ekonomicznym matriksie. Polskie spory o wydatki na służbę zdrowia, edukację czy wojsko są śmiesznie groszowe na tle problemu notorycznie nieanalizowanego i niedyskutowanego, jakim jest drenaż kraju z kapitału przez zagraniczne firmy. Tylko w zeszłym roku wyniósł on blisko 82 mld zł, równowartość 5 proc. PKB. To rekord ćwierćwiecza. Jednak, wszystko na to wskazuje, zostanie on szybko pobity.

Ta kwota to więcej niż łączny budżet Ministerstwa Zdrowia i NFZ oraz dwa i pół razy tyle, ile budżet MON. Gdyby nie ten gigantyczny wypływ pieniędzy (pozwólmy sobie na odrobinę alternatywnej historii), Polska rozwijałaby się w zeszłym roku w oszałamiającym tempie 6,6 proc. PKB. A każdy z nas miałby w kieszeni średnio o 2 126 zł więcej.

Jeśli ktoś nadal skłonny jest twierdzić, że to mało, niech zauważy, że w ciągu 10 lat ów drenaż (saldo dochodów z inwestycji w bilansie płatniczym) wzrósł radykalnie nie tylko kwotowo – z 14 do 82 mld zł, ale i procentowo – z 1,7 proc. ówczesnego PKB do 5 proc. dzisiejszego (prawie dwa razy wyższego). Sprawa jest więc, by się tak wyrazić, wybitnie antyrozwojowa.

Nieznośna banalność eksploatacji

Te horrendalne sumy są niczym innym jak, że pozwolę sobie na pewną innowację pojęciową, rentą neokolonialną. Skutkiem grabieżczej prywatyzacji, przypominającej jako żywo łupienie indiańskich „miast ze złota” przez europejskich konkwistadorów, w trakcie której najlepsze polskie firmy sprzedano za bezcen lub łaskawie pozwolono zniszczyć w nierównej konkurencji. W efekcie mamy sytuację, w której właścicielami 83 proc. największych „naszych” spółek są obcokrajowcy (dane na 2011). A ponieważ – inaczej niż w bajkach dla grzecznych prowincjuszy – kapitał ma narodowość, właściciele ci wyciskają swoje nadwiślańskie filie jak cytryny. Z biegiem czasu, jak widać, coraz mocniej.

Podczas gdy w epoce kolonialnej imperia takie jak brytyjskie eksportowały kapitał do podbitych krajów (rekompensując to sobie rzecz jasna choćby tanim importem surowców), w naszych, neokolonialnych czasach, relacja między centrum a peryferiami jest odwrotna. Te ostatnie cieszą się (lub martwią) niepodległością, niejako w zamian zasilając bogatsze od siebie metropolie gęstym strumieniem pieniądza. Historia przyniosła więc ewidentny, skokowy wręcz postęp: dzisiejsze mocarstwa nie tylko nie ponoszą odpowiedzialności ani kosztów zapewnienia krajom kolonizowanym porządku i dobrobytu, ale jeszcze wysysają je z wytwarzanego z ich walnym udziałem kapitału, zamiast im ten kapitał dostarczać. Niech żyją innowacje!

W tym sensie drenaż Polski z pieniędzy nie jest niczym wyjątkowym. Coroczna wielomiliardowa renta kolonialna to banalny los każdej współczesnej peryferii. Nie chodzi oczywiście o peryferię we wciąż używanym, XIX-wiecznym rozumieniu tego słowa, jako miejsca geograficznie odległego od centrum, ale – na gruncie teorii zależności i teorii systemów-światów – o kraj zdominowany przez jedno lub więcej państw centrum i od niego (lub od nich) uzależniony.

Ta banalność może usypiać, jednak nie powinna pocieszać. Tym bardziej że jest coraz gorsza. O ile w latach 2001–2003 zostaliśmy wydrenowani z kwoty 6 mld euro, to w następnych trzech latach było to już 29 mld, a w ostatnich trzech: 56 mld. Oglądane obok siebie w jednej tabelce (musiałem sam ją na potrzeby tego tekstu sporządzić) te liczby robią wrażenie niemal lawinowego wzrostu. Na razie jakoś to wysysanie wytrzymujemy, ale gdzie jest granica?

Jak pańszczyźniani

Zwłaszcza że powyższym liczbom daleko do oddania pełnego sprawozdania z sytuacji. Tajemnicą poliszynela jest powszechnie stosowany przez polskie spółki córki drenaż ukryty, wykorzystujący elastyczność tzw. cen transferowych. Nie mogąc wysłać legalnie do centrali tyle, ile by się chciało, sprzedaje się jej wytwarzane na miejscu produkty po zaniżonych cenach, a kupuje od niej po zawyżonych. Regulacje ochronne są tu dość łatwe do obejścia, a wina – bardzo trudna do udowodnienia. Bo jak fiskus ma wykazać, że dana ekspertyza czy koncepcja nie miała „szczególnego znaczenia dla rozwoju polskiego rynku”, i w związku z tym nie była warta, dajmy na to, dziesięć razy więcej niż podobne dzieła na rynku?

Coraz bardziej porażające i dojmujące ilości pieniądza, jakie na mocy eksploatacji neokolonialnej wyciekają z Polski, stawiają pod znakiem zapytania nie tylko bilans polityki gospodarczej ostatniego ćwierćwiecza, lecz także bilans naszej obecności w UE

W ten sposób – to jeden z niewielu udokumentowanych przypadków – olsztyński Stomil wyprowadził swego czasu z Polski prawie 200 mln zł na rzecz swojego francuskiego inwestora strategicznego Michelina. Podobne praktyki zarzucano m.in. Philipsowi i Siemensowi. Przykłady można by mnożyć.

Finalny skutek jest taki, że zagraniczne firmy – im większe, tym bardziej – na wiele sprytnych, nielegalnych sposobów, nieustannie wyprowadzają po cichu z Polski pieniądze. Przy okazji zaniżając swoje zyski (lub zgoła wykazując straty). Dodatkowo, nie płacą więc nad Wisłą podatków (albo płacą minimalne), bo jakoby nie mają z czego.

Skala procederu jest oczywiście niemożliwa do dokładnego policzenia. Pewną, cząstkową jego miarą może być gwałtowny skok wielkości pozycji bilansu płatniczego zwanej „saldem błędów i opuszczeń”. Wraz z wybuchem kryzysu w 2008 r. następuje oto wzrost jego ujemnej wartości w stosunku do roku poprzedniego o, bagatela, ponad 20 mld zł, po czym (z wyjątkiem roku 2012) stabilizuje się on na poziomie co najmniej -26 do -31 mld zł rocznie. Dlaczego „co najmniej”? Bazuję na ostrożniejszych szacunkach. Liczone według innej metody dochodzi to saldo nawet do -45 mld zł.

Gwałtowny wzrost ilości pieniądza znikającego w niewyjaśnionych okolicznościach prawdopodobnie potwierdza dobrze znany w literaturze przedmiotu mechanizm: w czasach kryzysu drenaż peryferii się wzmaga. Kiedy w metropolii zaczyna brakować kasy, wyciska się ją z parobków, tak jak szlachta polska zwiększała w XVII w. wymiar pańszczyzny wraz ze spadkiem cen zboża. Polsce i innym peryferiom przypada rzecz jasna w międzynarodowym podziale pracy los eksploatowanych chłopów pańszczyźnianych. Skądinąd ten mechanizm wyjaśniałby też poniekąd wzrost legalnego drenażu, o którym była mowa wcześniej.

Znaczące milczenie

Jednak do pełnego obrazu sytuacji wciąż nam bardzo daleko. Można by jednak pokusić się przynajmniej o szacunki. Nade wszystko skala problemu coraz wyraźniej urastającego do rangi głównej blokady dalszego rozwoju Polski sprawia, że powinien to być temat nieustannej, ogólnonarodowej debaty. Tymczasem: cisza.

Gdzie analizy na ten temat autorstwa czołowych polskich ekonomistów, w tonie wszechwiedzących mędrców perorujących o „dokańczaniu prywatyzacji” i „doganianiu krajów najwyżej rozwiniętych”? Dlaczego milczą w tej sprawie bohaterscy tropiciele niedostatków „wolnego rynku”: prof. Leszek Balcerowicz, prof. Witold Orłowski, Waldemar Kuczyński oraz ich świadomi i nieświadomi naśladowcy z większych i mniejszych środowisk i ośrodków? Dlaczego nie słychać w tej sprawie „gospodarczej prawicy” tak chętnie broniącej pod hasłami wolnorynkowymi centralnie zaplanowanego oligopolu (zagranicznych w większości) funduszy emerytalnych – OFE? Czyżby wszyscy ci aktorzy nie zauważali, że setki miliardów złotych, które na mocy opisywanych mechanizmów wypłynęły z Polski, i kolejne setki, które wypłyną w najbliższych latach, to problem o tyle większy od KRUS czy emerytalnych przywilejów górników, o których tak chętnie, mówią, że – nie wchodząc w tym miejscu w meritum – redukujący te ostatnie niemal do rangi błahostek?

Po ćwierćwieczu takiej, a nie innej debaty można chyba zacząć sądzić, że to niezmordowane omijanie tematów kluczowych jest nieprzypadkowe. Mogąc je obserwować, Pierre Bourdieu nazwałby je pewnie przemocą symboliczną. Ma ona miejsce wtedy, gdy grupy dominujące wytwarzają takie systemy znaczeń, w których rzeczywisty układ sił, będący podstawą ich dominacji, jest szczelnie ukryty pod pozorem sprawiedliwego ładu i dzięki temu powszechnie odbierany jako prawomocny. Z kolei grupy poddane dominacji, a tym samym skazane na odtwarzanie swojego niskiego statusu, postrzegają ten stan rzeczy jako naturalny. Dopóki zaś tak jest, nie są w stanie wygenerować ani alternatywnego języka opisu rzeczywistości, ani tym bardziej alternatywnego programu działania. Mówiąc inaczej, przemoc symboliczna jest tym skuteczniejsza, im bardziej jest ukryta.

Były i są od tej reguły milczenia chwalebne wyjątki w osobach m.in. prof. Jerzego Żyżyńskiego, prof. Andrzeja Kaźmierczaka, prof. Tadeusza Kowalika, prof. Kazimierza Poznańskiego, prof. Leokadii Oręziak, a także nieekonomistów: m.in. prof. Witolda Kieżuna i prof. Jadwigi Staniszkis. Jednak ich głosy miały przez lata status wołań na puszczy.

W tym świetle milczenie najbardziej wpływowych środowisk i autorytetów ekonomicznych na temat neokolonialnej renty jawiłoby się jako logiczna funkcja nadwiślańskiego układu interesów po 1989 r. realnie premiującego zagraniczny kapitał, kosztem rodzimego. Taka sama jest rola bajkowych mantr wspomnianych osób i środowisk o „dążeniu do wolnego rynku” i „doganianiu Zachodu”. W kontekście –zaprojektowanej „planem Balcerowicza” (będącym tak naprawdę jedynie uszczegółowieniem planu Sachsa) i wdrożonej „reformą gospodarczą” u progu transformacji trwałej zależności kapitałowej, własnościowej, technologicznej od krajów centrum, są to oczywiste eksportowe fikcje, mające skłaniać peryferyjną ludność tubylczą i jej kompradorskich liderów do jednostronnego otwierania granic, znoszenia ceł, sprzedawania najlepszych firm za „symboliczne złotówki”. Taka była funkcja tych narracji, gdy dokonywała się grabieżcza prywatyzacja. Dziś, kiedy już się dokonała – skutecznie zaciemniają one istotę jej i ustanowionego w jej wyniku porządku. Oraz bronią jej architektów i wykonawców przed odpowiedzialnością za ciemną część ich dorobku.

Ale ten medal ma też drugą stronę. Przełamywanie tego milczenia, nagłaśnianie faktu drenażu i jego skutków urasta do rangi obywatelskiego i narodowego obowiązku. Niniejszym, na miarę skromnych możliwości, staramy się w „Nowej Konfederacji” z niego wywiązać. Ma to również jasny wymiar praktyczny: im bardziej tę przemoc symboliczną zdemaskujemy, tym mniej będzie ona skuteczna.

Wątpliwe korzyści

Tymczasem coraz bardziej porażające i dojmujące ilości pieniądza, jakie na mocy eksploatacji neokolonialnej wyciekają z Polski, stawiają pod znakiem zapytania nie tylko bilans polityki gospodarczej ostatniego ćwierćwiecza, lecz także bilans naszej obecności w Unii Europejskiej. W tegorocznym, opiewającym korzyści z dziesięciu lat członkostwa raporcie (ze względu na wyraźnie apologetyczny charakter trudno go podejrzewać o zaniżanie wskaźników) Ministerstwo Spraw Zagranicznych podało, że łączne korzyści z członkostwa w UE (a nie same tylko fundusze unijne!) zwiększyły polski wzrost PKB średnio o 0,7 pkt proc. rocznie. Słownie: siedem dziesiątych punktu procentowego! „W konsekwencji skumulowane PKB dla całego okresu członkostwa byłoby prawie o 620 mld zł mniejsze (co odpowiada ponad 1/3 PKB faktycznie wytworzonego w 2013)” – można przeczytać.

Aby uzyskać pełny obraz sytuacji, zespół wysokiej klasy specjalistów powinien jednak uwzględnić w takim bilansie jeszcze parę „drobiazgów”. Najbardziej interesujący w niniejszym kontekście to transfer w latach 2004–2013 dochodów z inwestycji za granicę na łączną kwotę, bagatela, 144 mld euro. Oczywiście, nawet poza UE Polska nadal byłaby neokolonią. Jednak w trzech poprzedzających akcesję latach ów drenaż wynosił średnio 2 mld euro rocznie. Po wejściu do „lepszego świata” wzrósł w następnych trzech latach do prawie 10 mld euro rocznie. Przypadek? Nie sądzę.

Wielomiliardowa renta neokolonialna jest ceną za przynależność do świata zachodniego

Do tego należałoby oczywiście doliczyć ogólne koszty dostosowań do polityki unijnej, w tym ogromną cenę pakietu klimatycznego, długofalowy rachunek za upadek polskich stoczni, limity produkcyjne, utratę swobody w polityce handlowej i celnej itd. Nie bez kozery byłoby się zastanowić, o ile mniejsza bez wejścia do UE byłaby najnowsza polska emigracja. Należałoby też uwzględnić koszty wydatkowania powodujących podwyższenie wzrostu PKB o owe oszałamiające 0,7 pkt proc. środków unijnych, trudnej do policzenia sumy wkładów własnych do niepotrzebnych lub zgoła absurdalnych inwestycji, rozrostu biurokracji, wzrostu obrotów korupcyjnych. To jednak temat na osobną historię.

Do zrobienia takiego bilansu też nie bardzo widać chętnych. A już z pobieżnego oglądu widać, że nieustannie powtarzane propagandowe twierdzenia o bezdyskusyjnych korzyściach z „powrotu do Europy” są nader wątpliwe.

Dylematy ambitnego pariasa

Niezależnie od tego systemowe kontury bilansu zysków i strat w omawianym kontekście są coraz wyraźniej widoczne. Wielomiliardowa renta neokolonialna jest ceną za przynależność do świata zachodniego. Zostaliśmy do niego po 1989 r. wpuszczeni nie jako równoprawny gracz, ale jako państwo buforowe oraz peryferyjny rynek zbytu i podwykonawca. Możemy co nieco uszczknąć z jego dobrobytu, wysokiej konsumpcji i techniki. Musimy jednak zaakceptować swoją podrzędność. I – jak widać, coraz większy – drenaż z wytwarzanego nad Wisłą kapitału.

To nie jest najgorsza sytuacja. Przynależność do świata zachodniego ma fundamentalne zalety. Ale czy rola pariasów tego świata nam odpowiada? Czy satysfakcjonują nas niższe od obcokrajowców na tych samych stanowiskach płace i wolniejsze awanse, we własnym kraju? Do tego: ile jeszcze miliardów rocznie jesteśmy skłonni i zdolni w ramach renty neokolonialnej oddać?

Moim zdaniem stać nas na dużo więcej. Antidotum na opisaną tu sytuację jest jasne: to repolonizacja gospodarki. Gdyby jednak przybrała postać gwałtowną, mogłaby sprowokować równie gwałtowną reakcję tych, w których interesy z konieczności by uderzała. Czasami, w rzadkich w historii momentach otwarcia na oścież „okna możliwości”, takie skoki się udają. Częściej jednak nie, co znamy z XVIII w., kiedy rewolucyjny zapał rodzimych reformatorów ściągnął na nas prewencyjną egzekucję w postaci II i III rozbioru.

W dzisiejszej tak turbulentnej sytuacji geopolitycznej, z niepewnością wyznaczaną przez wyczerpywanie się dotychczasowego ładu międzynarodowego i przygotowania do stworzenia nowego, jednocześnie wszystko jest możliwe, ale też w szczególności należy uważać na najczarniejsze scenariusze, obejmujące dalszą degradację naszego kraju. Mamy obecnie pewną przestrzeń do odzyskiwania kontroli nad własną gospodarką – i państwem – metodą małych kroków. I nawet marne rządy ostatnich lat mogą się tu pochwalić pewnymi sukcesami, jak odparcie próby wrogiego przejęcia PZU przez Eureko, częściowa repolonizacja banków czy przycięcie OFE.

Powinniśmy być jednocześnie gotowi kontynuować metodę małych kroków, a jeśli nadarzy się okazja: przyspieszyć, a może nawet – skoczyć. Który z tych sposobów jest najlepszy, okaże się dopiero za jakiś czas.

Dane liczbowe dotyczące drenażu Polski z kapitału to cytaty lub obliczenia własne na podstawie następujących dokumentów NBP:

Bilans płatniczy RP: dane roczne 2004–2014

Bilans płatniczy RP: dane roczne 19942013

Bilans płatniczy RP za IV kwartał 2005

Bilans płatniczy RP za IV kwartał 2009

Bilans płatniczy RP za IV kwartał 2011

Bilans płatniczy RP za IV kwartał 2013

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 2 (53)/2014, 5 LISTOPADA–2 GRUDNIA, CENA: 0 ZŁ


„Nowa Konfederacja” nr 2 (53)/2014

O Autorze

Bartłomiej Radziejewski
Bartłomiej Radziejewski
Redaktor naczelny „Nowej Konfederacji”, dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, prezes Fundacji Nowa Rzeczpospolita. Politolog zaangażowany, publicysta i eseista, organizator. Absolwent UMCS, wciąż nie rezygnuje z planu zrobienia doktoratu z filozofii politycznej na UKSW. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywał w Polskim Radiu i, zwłaszcza, w „Rzeczpospolitej” Pawła Lisickiego, później był wicenaczelnym portalu Fronda.pl i redaktorem kwartalnika „Fronda”. Następnie założył i w latach 2010–2013 kierował kwartalnikiem „Rzeczy Wspólne”. Publikował też m.in. w „Polsce The Times”, „Gazecie Polskiej”, „Gościu Niedzielnym”, „Super Expressie”, „Arcanach” i „Znaku”. Nieliczne wolne chwile najczęściej spędza z narzeczoną Pauliną, na szybkich spacerach (głównie po Żoliborzu i Puszczy Kampinoskiej) i grze w gry strategiczne. Mieszka w Warszawie.


Skomentuj artykuł
  • WordPress(16)
  • Facebook(0)
  • Google Plus(7)
,
  1. A to prof. Witold Kieżun należy do ‘nieekonomistów’…? Ciekawe…

    • Bogate kraje korumpują i podporządkowują sobie słabych ,sprzedajnych i zdradliwych polityków czerpiąc zyski (ostatnio 2012 r Libia, Tunezja, Egipt, Syria), stąd te idiotyczne opinie wygłaszane przez zachodnich i amerykańskich polityków mówiące o demokratycznych i uczciwych rządach w państwach które opanowali, a korupcji , braku demokracji gdzie ich pogoniono – zob. IRAN TERAZ łatwiej zrozumiecie dlaczego “nasze elity” pozorują działanie , najchętniej z rodzinami by się przeniosły za granicę “Dzikiego Kraju”, tylko wielu z “nowych działaczy” jeszcze nie stać na “godną” emeryturkę i ładną chatę w SZWAJCARII stąd muszą jeszcze “ciężko popracować w polityce” wyrównując tę “niesprawiedliwość”. Rząd NIEMIEC wysunął ofertę zakupu przez polskie MF płyty z CD z danymi osób z POLSKI które nielegalnie ulokowały pieniądze w Szwajcarii i innych rajach podatkowych -Cyprze , min. Rostowski nie był zainteresowany propozycją Min.Fin RFN prawdopodobnie konta mają tam komuniści jak i nowi “Solidarnościowi” władcy “ZIELONEGO RAJU” nad Wisłą.

  2. O matko, kolejny komunista… (Rafał Woś na Forsalu i Bartłomiej Radziejewski na Nowej Konfederacji).
    ———————————————————————————————————————————————————————
    Do wyboru mieliśmy (z grubsza tylko dwa modele): dla komunistów, bez otwartej gospodarki i „wyprowadzania kapitału” — do cna zbankrutowany PRL i obecny model, gdy „45 lat ochrony przed wyprowadzaniem kapitału” doprowadziło Polskę i Polaków do stanu ekonomicznych półniewolników (sami mogą wybrać, komu będą czyścić buty i wycierać tyłek).
    ———————————————————————————————————————————————————————
    Autor, śladem Wosia, widzi tylko jedną stronę medalu. Ten sam kapitał stworzył miejsca pracy, sprowadził światowe technologie do Polski (chociażby LCD) i jest głównym dostarczycielem naszego eksportu. A ponieważ w PRL-bis wszystko jest horrendalnie opodatkowane, to i nic dziwnego, że optymalizuje swoje koszty, a jednocześnie nie można powiedzieć, że nie przysparza bogactwa Polsce i Polakom: wzrost płac (powyżej typowych w PRL 25$ miesięcznie), podatki od płac, nieruchomości, ZUS, zatrudnianie lokalnych firm, itd.
    ———————————————————————————————————————————————————————
    Mieliśmy wybór — nie wpuszczać obcego kapitału do Polski i być producentem ziemniaków (jak Afryka kawy bądź orzeszków ziemnych). Nie mając nic do sprzedania światu nie mielibyśmy też za co od niego kupić nowoczesnych maszyn, komputerów, czy telefonów komórkowych (np. roczne zarobki na kupno JEDNEGO telefonu komórkowego: „ach, naprawdę zagraniczny!”)
    ———————————————————————————————————————————————————————
    Czy Autor w ogóle zdał sobie sprawę z faktu, iż żeby wydrenować te miliardy, to najpierw trzeba było ich wytworzyć w kraju odpowiednio więcej? Z PRL nie dało się wydrenować takich kwot — co za szczęście!? Po prostu dlatego, że PRL w ogóle nie był w stanie wytworzyć kwot choćby zbliżonych, w miarę postępu socjalizmu był coraz bardziej deficytowy.
    ———————————————————————————————————————————————————————
    Oczywiście nigdy nie jest tak, żeby nie mogło być lepiej — Polacy cały czas muszą walczyć o jak najwięcej suwerennej mądrej władzy nad swoim krajem i swoją gospodarką — nie dać sobie narzucić przez obcy mainstream błędnej narracji, czy szkodliwych rozwiązań zupełnie jednostronnie odpowiadających interesom wielkiego kapitału. Jednak przeganianie fałszywej narracji jednostronną protokomunistyczną głupotą to nie jest dobre rozwiązanie (tu wyjątkowo trafny passus o przemocy symbolicznej — kolejne potwierdzenie reguły, że historię piszą zwycięzcy).
    ———————————————————————————————————————————————————————
    No ale wybieranie sobie na ekonomicznych guru „ekonomistów”, z których co najmniej połowa jest uważana za sklerotyków na niezłym odlocie od rzeczywistości jest typowym elementem tworzenia własnej alternatywnej rzeczywistości: ograniczanie się do autorytetów, które jedynie potwierdzą początkowe błędy. W ten sposób tworzą się sekty, wielbiciele homeopatii i picia moczu — wszyscy znajdują odpowiadające im niszowe autorytety i mechanizm zaczyna sam się napędzać (sukces wg Autora: „odparcie próby wrogiego przejęcia PZU przez Eureko” — opłacone gigantycznym w skali kraju wielomiliardowym odszkodowaniem? To jest ten „sukces”? Więcej takich „sukcesów” wg Autora i ogłosimy ponowne bankructwo [Wybaw nas Panie od rządów komunistów…]).

    • Obawiam się, że Szanowny Pan ma sporo, sporo racji! Sporo tutaj wiary w socjalizm, albo traktowanie go jako naturalny stan rzeczy!
      Tego typu teksty, opinie są równie niessamowite co dzieła “wybitnych” botaników, którzy opisują opisują drzewa, rośliny, systemy lasu znajmość tematu, obycie w końcu poziom skomplikowania budzą zasłużony podziw. Koniec końców jednak jak przyjdzie do sadzenia lasu to wkopią sadzonki zielonym w ziemię. Tyla w temacie.

      Dla tych co pamiętają jaki w PRL-u był problem z rzemieślnikami, czyli w tedy kiedy trzeba było coś zrobić niech przeczytają sobie tekst pana Cezarego Kaźmierczaka “Pękła Wosiowi w domu rura …” http://wei.org.pl/blog-show/run,206,page,3,author,60.html. Wszystko jest OK ok dopóki nie dochodzi do konkretów. Wtedy debilne, nawet najbardziej wysublimowane teorie, zderzają się z rzeczywistością.

  3. Wojciech Gospodarek | 6.11.2014 at 09:41 | Odpowiedz

    Panie Bartłomieju stawiam Panu Wielki plus za ten artykuł, lecz martwią mnie pewne rzeczy :
    1. Jak mało ludzi natrafi na ten artykuł.
    2. jeśli natrafi, to czy przeczyta tą treść do końca.
    3. Czy zrozumie.
    P.S. Trudno będzie coś zmienić jeśli u władzy będą jednostki wybitnie szkodliwe np.: udział wiceministra Andrzeja Szarawarskiego w sprzedaży polskich hut za bezcen, powiązany prawie natychmiast następującym wzrostem cen stali o 1/3 i wprowadzeniem embarga na stal z Ukrainy.
    Czy też ustawa zmieniająca podatek VAT dla dostawców internetu z 22% na 7% “mająca na celu powszechnie obniżenie cen za te usługi” – nie trzeba kończyć Sorbony by przewidzieć iż dla odbiorców ceny brutto na FV nie zmieniły się, a jakim zastrzykiem gotówki jest dla firmy 15% nieodprowadzonego podatku wie każdy…

    • Przykład z hutami bardzo trafny. mimo ‘stawamnia’ na głowie” polskich dyrektorów decyzje ministrstwa połozyły hutnictwo.

  4. Może dodajmy jeden znamienny szczegół, bo Autor jest chyba za młody, żeby to osobiście pamiętać: — Za całą obecną sytuację należy obwiniać przede wszystkim PRL (a dokładniej jego władców i pogrobowców) oraz jego totalne bankructwo na koniec (= totalny brak kapitału na start i długi do popłacenia: reprywatyzacja, emerytury, renty, zobowiązania, długi zagraniczne, etc.). To zamknięta gospodarka PRL i zamknięte społeczeństwo (w rzeczywistości PRL był wielkim obozem pracy przymusowej — pracujesz za kilka procent wytworzonego PKB [za mniej, niż niewolnik w Rzymie], nie możesz z niego wyjechać, a nawet wiedzę o świecie i światopogląd masz całkowicie ukształtowany przez jego władców poprzez niemal całkowite panowanie nad przekazem informacji). W efekcie zbankrutowany PRL i zbankrutowane społeczeństwo było całkowicie bezbronne przed zaprawionym w konkurencyjnej walce światowym kapitałem. Kto mógłby „pilnować standardów”, skoro niemal wszyscy dostawali małpiego rozumu i skakali z gałęzi na gałąź na widok paru dolarów? ———————————————————————————————————————————————————————
    Kto miał być tym prawdziwym ekspertem, skoro zdecydowana większość miała przy tym księżycowe wyobrażenia nt. prawdziwej gospodarki? (bardzo pouczający jest materiał źródłowy z lat 80.: obserwacja sposobu księżycowego rozumowania ekonomicznego w wypowiedziach zarówno władz partyjnych d. PZPR [dziś PO i SLD], jak i ekspertów d. „Solidarności” [dziś PO i PiS]).
    ———————————————————————————————————————————————————————
    To tak, jakby oczekiwać, że wyrwany po 20 latach głodówki łagiernik dopuszczony do stołu zachowa umiar i będzie prawidłowo posługiwał się nożykiem i serwetką. Tak więc problemy PRL-bis są bezpośrednią kontynuacją konsekwencji PRL właściwego, nawet jeśli na pierwszy rzut oka sytuacja bardzo się różni.
    ———————————————————————————————————————————————————————
    Pozytywistycznym trudem trzeba to zmieniać, nie szukać księżycowych recept, tylko znajdować najlepsze rozwiązania wychodzące zawsze od realnej oceny sytuacji „tu i teraz” — efekt kumulacji drobnych korzyści, metodą procentu składanego po pewnym czasie da niesamowite przyspieszenie śnieżnej kuli — czego doświadczają np. Chiny po 20 latach robienia za parobków świata.

  5. “Gdyby nie ten gigantyczny wypływ pieniędzy (…), Polska rozwijałaby się w zeszłym roku w oszałamiającym tempie 6,6 proc.” – Czy nie takie “oszałamiające” tempo wzrostu mieliśmy zanim wykształceni Polacy z wielkich miast wybrali do rządzenia modną, nowoczesną i jedynie słuszną platformę obywatelską?

  6. No masz, że orzeszku to przecież w Luksemburgu u Junkera się zaczęło i nadal gromadzi te diengi.
    Proste jak budowa cepa. Redystrybucja wyzysku światłych lemingów-europejczyków Polaków.

  7. Bardzo dobry artykuł. Jednak przyłączam się do obawy Wojciech Gospodarek, że ten tekst trafi do zbyt małej liczby odbiorców. Przydałby się NK większy nacisk na marketing, zwłaszcza na poziomie mediów społecznościowych. Pozdrawiam

  8. … zakłady które zostały w Polskich rękach jak FSO,Ursus czy Stocznie zostały bankrutami, bo bez zachodniej technologii i kasy PRLowskie firmy mogły zarabiać tylko na sprzedaży biletów do muzeum. To samo czeka POlskie górnictwo,które zostanie wykończone przez Związki Zawodowe. Pamiętajmy że Polska była krajem w którym połowa obywateli mieszkała na wsi i utrzymywała się z uprawy ziemi. Po zmianie ustroju na jaw wyszło zacofanie gospodarcze, przerost zatrudnienia, wysoka energochłonność gospodarki itp. Autor chyba jest zbyt młody lub też jest populistą , który naciąga fakty i nie widzi przyczyn – lub nie chce ich widzieć.

    • obudziłem się | 6.07.2015 at 13:13 | Odpowiedz

      Trzeba było iść drogą Korei Południowej czy Japonii i wspomagać rodzimy przemysł w branżach, które były rozwojowe , a nie niszczyć jak popadnie. My Polacy dzisiaj jesteśmy bankrutami. Kraj bez własnej gospodarki nie jest wstanie się rozwijać panie hrabio.

  9. Autor nie rozumie lub nie chce rozumieć co to znaczy zysk od zainwestowanego kapitału.
    A jeszcze brakuje mu podstawowej wiedzy o funkcjonowaniu państwa.
    Najpierw zadajmy pytanie: jakie to pieniądze wypływają ?
    Odpowiedź: Są to normalne zyski wynikające z działalności takich firm jak Opel (GM), FIAT, Volkswagen, GE, Sikosrky Aircraft, Agusta-Westland, Toyota, Siemens, Alstom, a to tylko niektóre produkcyjne. Dalej mamy banki: Santander (WBK), UnitCredit (PeKaO S.A.) i inne. I mamy jeszcze firmy handlowe typu Lidl, Carefour, Biedronka i tak dalej. Oni tu zainwestowali pieniądze, myśmy się zgodzili, że mogą tu inwestować, to chcą mieć zyski.
    Chyba normalne, z ich punktu widzenia.
    Zadajmy sobie pytanie co wnieśli ? W przypadku zakładów produkcyjnych: kapitał, myśl technologiczną na nowe produkty, linie produkcyjne oraz rynek zbytu na te produkty poza granicami Polski. Duża część tej produkcji idzie po prostu poza Polskę. My produkowaliśmy onegdaj Poloneza i Malucha, oni weszli z Astrą, Pandą, Skodą i tak dalej. O specjalistycznych produktach z GE, Toyota, Alstom, Sikorsky nie chcę zanudzać. Mają zakłady, które produkują, ludzi których zatrudniają (którym płaci się jak się płaci), ale zyski są ich. Bez FIAT-a to byłby dalej Maluch bez rynku zbytu. Z innymi produktami podobnie.
    Supermarkety to inna sprawa. Nie chciało ich budować Społem w latach 90-tych, bo zabrakło wyobraźni. Nie zdołały powstać kooperatywy na bazie choćby producentów rolnych, przy poparciu „stronnictwa wsi” PSL-u. Było totalna pustka. A życie nie lubi próżni. To ta próżnia została wypełniona firmami typu TESCO i podobne. Problem w tym, że na takie firmy nie potrzeba patentów, myśli technicznej, tylko zwykła chęć, organizacja, kontakty (krajowe !) i kapitał w ilości, który wtedy był i jest (choćby kredyt) o wartości możliwej do wyobrażenia. Sami dopuściliśmy do tego, że oni tu są.
    A ponadto czy polskie prywatne firmy to nie generują zysku, który idzie do ich właścicieli ?
    Polsat, Solaris, PESA i itp. to nie mają zysku netto ?
    Czy nie ma polskich firm, które robią „optymalizację podatkową” i “optymalizację kosztów zatrudnienia”. Tą drugą to chyba nawet częściej niż owe zagraniczne giganty, przynajmniej te produkcyjne i odnoszę wrażenie, że tam jest jest jednak porządniej. Przynajmniej w niektórych.

    Pytanie z artykułu powinno być inaczej sformułowane.
    Czy aby firmy zagraniczne nie ukrywają części zysku, który powinien być odprowadzony jako podatek?
    To naprawdę bardzo trudna sprawa do udowodnienia. Opłaty za znaki, firmowe, licencje doradztwa i ekspertyzy płacone do central tych firm można za coś takiego uważać. Ale tylko uważać. Nie dość, że to zgodne z prawem, to „konia z rzędem” kto wykaże ile wynosi właściwa opłata za znak firmowy. Może to pytanie do Urzędów Skarbowych. Ale czy oni potrafią temat w ogóle zacząć?
    To niestety praktyka na całym świecie. Jak kraj nie ma własnego kapitału i nie może zorganizować własnych firm produkcyjnych, to zaprasza obcych. A oni na pewno będą chcieli mieć z tego zysk.
    Czy to dziwne?
    Na koniec parę prostych zasad.
    Zasada pierwsza: kapitał ma narodowość, jest to ta narodowość gdzie mieści się siedziba kapitalisty.
    Zasada druga: kapitalista powinien z zrozumieć, że jego interes jest związany z państwem, a państwo powinno popierać tych, którzy to rozumieją. Lepiej nauczyć się jeść długo małą łyżeczką, a nie krótko wielką chochlą.
    Odnoszę wrażenie, że to działa najlepiej w Szwajcarii.
    Ale zupełnie inna historia.

  10. obudziłem się | 6.07.2015 at 13:19 | Odpowiedz

    Powtarzam jeszcze raz , że taki kraj jak Korea Południowa uwolniła się sama od tzw.. obcej myśli technologicznej i zbudowała własną. Tylko niewolnik tak myśli aby dobrze było tylko jego panu.

  11. obudziłem się | 6.07.2015 at 13:23 | Odpowiedz

    W Szwajcarii a kiedy ten kraj prowadził ostatnio wojnę, a kiedy w tym kraju mordowano jego elity i grabiono majątek. Ciągle cudze chwalicie , szczególnie wtedy kiedy żyjecie sobie wygodnie np. w Szwajcarii.

  12. Metod wyprowadzania kapitału są setki. Wyłudzenia VAT, zakupywanie od zagranicznych spółek matek, przez polskie spółki córki tzw. licencji, know-how, opłat za znak firmowy/markę itp. itd. Fabryka w Polsce (np. Opla, Wedla etc.) produkuje samochody i je sprzedaje np. do Niemiec. W statystykach wygląda to świetnie. Mamy fabrykę. Mamy zatrudnienie (mniejsze bezrobocie), mamy polską spółkę (bo przecież w statystykach się nie podaje, że udziałowcem jest koncern zagraniczny), a tabelce “EKSPORT” mamy sprzedaż samochodów za granicę (taka ta nasza gospodarka jest potężna! mamy wielki eksport do Niemiec! ). Tymczasem cały zysk wyprowadzany jest na zewnątrz poprzez generowane fikcyjne koszty od spółek matek. Efekt? Cały zysk idzie do zagranicznej korporacji, spółka w Polsce nie płaci podatku, fabryka ma tanią siłę roboczą, a mało tego, jeszcze często jest tak, że zagraniczne firmy są promowane przez nasze samorządy i nie płacą podatków np. od nieruchomości (strefy ekonomiczne). Innymi słowy pisząc, polska firma, która uczciwie płaci podatki nie ma szans konkurować z tymi zagranicznymi. Stąd polskich wielkich firm – jak na lekarstwo.

    pozdrawiam
    K.

Zostaw swój komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.


*


ZABEZPIECZENIE ANTYSPAMOWE - w celu zabezpieczenia przed robotami spamującymi prosimy rozwiązać proste zadanie. *
Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.