Potrzebujemy ordoliberalnego kopniaka | Nowa Konfederacja


Stefan Sękowski
Redaktor „Nowej Konfederacji”, politolog, publicysta

Potrzebujemy ordoliberalnego kopniaka

III RP jest państwem grabieżczym, w którym grupy interesów i prywatne firmy dorabiają się na dojutrkowej polityce bez wizji ładu, w jakim chcemy żyć

Nie mam pojęcia, kiedy dokładnie ta scena miała miejsce, ale jestem pewien, że się wydarzyła. Pewnego dnia, gdzieś w latach 40-tych XX wieku, Ludwig Erhard podrapał się w trzeci podbródek, zapalił cygaro i postanowił, że będzie budował w Niemczech Zachodnich coś, co później nazwano Społeczną Gospodarką Rynkową. Tak – postanowił właśnie w jednej chwili: przebieg jego pracy, najpierw jako dyrektora Zarządu Gospodarki Bizonii, później jako ministra gospodarki, a w końcu kanclerza Niemiec pokazuje, że była to polityka zaplanowana i przemyślana. Okazała się pełnym sukcesem: doprowadziła w krótkim czasie do odejścia od nazistowskiego, ukierunkowanego na zbrojenia etatyzmu, zduszenia inflacji, niesamowitego rozwoju gospodarczego (budowanego m.in. na eksporcie), pełnego zatrudnienia i szybkiego przekroczenia przedwojennego poziomu wynagrodzeń. Skutki te nazwano niemieckim cudem gospodarczym. Trwał on mniej-więcej ćwierć wieku i do dziś zapisał się w pamięci rodaków Erharda jako niedościgniony ideał.

Niektórzy chcieliby mówić także o cudzie naszego, pokomunistycznego ćwierćwiecza. Niestety, mimo iż Polska od czasów PRL rzeczywiście zmieniła się na lepsze, trudno ocenić naszą transformację tak pozytywnie. Oprócz blasków ma ona bowiem całą masę cieni. W ich wyniku miliony osób straciły pracę, w dodatku w wielu regionach wytworzyło się strukturalne bezrobocie, niepozwalające ludziom wyjść z tej pułapki. Nastąpiła deindustrializacja. Mimo usilnych starań rządu i kolejnych prezesów NBP inflacja została trwale obniżona do jednocyfrowego poziomu dopiero w 2001 roku, a częsty argument przeciwko PRL, czyli zaciągnięte przez Edwarda Gierka gigantyczne pożyczki blednie w obliczu wielokrotnie wyższych pożyczek zaciągniętych głównie za rządów Donalda Tuska.

O ile PRL było państwem o księżycowej gospodarce, niszczącym ludzi, w którym nawet uprzywilejowana nomenklatura była ubogim krewnym zachodnich bogaczy, o tyle III RP stała się grabieżcą. Tu, mówiąc Bastiatem, „każdy usiłuje żyć kosztem innych”. I nie mam na myśli tylko uprzywilejowanych grup zawodowych, ale także wielkie koncerny, zwłaszcza zagraniczne. To wszystko powoduje, że trudno uznać naszą transformację za udaną. Dlaczego do tego doszło?

Niemcy lubią porządek

Być może dlatego, że gdy Tadeusz Mazowiecki, zapalając trzeciego porannego papierosa zwrócił swe zatroskane lico na wychodzącą z komunizmu Warszawę, nie miał żadnego pomysłu na to, co właściwie chce osiągnąć. W końcu przez ostatnie kilkadziesiąt lat swej publicznej aktywności najpierw wspierał budowę realnego socjalizmu, a potem zajmował się walką o wolność słowa, wprowadzaniem demokracji i sprzeciwem wobec politycznego terroru. Kwestiami ważnymi, ale jednocześnie wszystkim, tylko nie gospodarką.

Mazowiecki nie był w podziemiu wyjątkiem: to paradoks, że dla elit intelektualnych, które nagle stanęły przed historyczną szansą wyciągnięcia Polski z systemu budowanego w oparciu o kierujący się determinizmem ekonomicznym marksizm, kwestie gospodarcze były sprawą drugorzędną. Dlatego też błyskotliwy amerykański ekonomista Jeffrey Sachs był w stanie w krótkim czasie owinąć sobie wokół palca solidarnościowe elity. Do wykonania jego planu wybrano Leszka Balcerowicza, który w jednym z wywiadów stwierdził, że jego celem jest wprowadzenie „gospodarki rynkowej typu zachodniego” – w kraju, w który na żadnym z etapów swej historii zwyczajnie za przemianami gospodarczymi Zachodu nie nadążał. Nie chodzi tylko o to, że szybki skok w „zachodni kapitalizm” nie był z wielu przyczyn możliwy, ale także o to, że człowiek, który podjął się zadania, przed jakim wcześniej nie stanął nikt inny – nie miał własnego pomysłu jak to zrobić. Jego plan był tak naprawdę ukierunkowany głównie na zduszenie inflacji (co się zresztą nie udało), nie zaś – na budowę trwałego ładu, w ramach którego będzie mogła funkcjonować gospodarka rynkowa.

Dla elit intelektualnych, które nagle stanęły przed historyczną szansą wyciągnięcia Polski z systemu komunizmu, kwestie gospodarcze były sprawą drugorzędną

W przeciwieństwie do Polaków niemieccy decydenci wiedzieli, do czego dążą. Erhard cel swoich reform określił krótko: „dobrobyt dla wszystkich”. Rozumiał przez to zapewnienie szerokim masom odpowiedniej siły nabywczej i upowszechnienie własności. Polityk mocno inspirował się poglądami sformułowanymi przez grupę ekonomistów i filozofów określanych jako ordoliberałowie. Obok przedstawicieli szkoły fryburskiej, czyli m.in. twórców pisma „Ordo” Waltera Euckena i Franza Böhma, zalicza się do nich także takich myślicieli jak Wilhelm Röpke i twórca pojęcia neoliberalizmu Alexander Rüstow.

Podobnie jak opozycja demokratyczna w Polsce, po 1933 roku należeli do krytyków rządów Hitlera. Röpke i Rüstow udali się nawet na emigrację po przejęciu władzy przez wodza NSDAP. Jednak w przeciwieństwie do Mazowieckiego, Michnika czy Kuronia już wówczas zastanawiali się, jak ma wyglądać państwo i gospodarka ponazistowskich Niemiec. Przede wszystkim ważne było stworzenie ładu (pojęcie „ordnung”, czyli właśnie „ładu” jest kluczowe dla ordoliberalizmu), w którym interesy indywidualne i interes wspólnoty harmonijnie ze sobą współgrają. Jak pisał Walter Eucken, „idea ordo (…) oznacza sensowne połączenie różnorodności w całość”.

Ordoliberałowie postulowali poszukiwanie rozwiązań, które będą odpowiadały naturze człowieka i świata. Ludzie mają obowiązek aktywnie poszukiwać tych rozwiązań, poprzez kształtowanie ustroju. Oznacza to jednak tylko kształtowanie ram: państwo miało planować formę, która umożliwia istnienie gospodarki opartej na konkurencji, jednocześnie nie biorąc aktywnego udziału w grze rynkowej. Tylko konkurencja (która nie jest możliwa bez prywatnej własności środków produkcji) umożliwia swobodne kształtowanie się cen, które najefektywniej i bez naruszania wolności innych potrafią sterować gospodarką.

Państwo, w myśl zaleceń ordoliberałów, nie miało być jednak klasyczno-liberalnym „stróżem nocnym”. Eucken et consortes głęboko i krytycznie przemyśleli leseferyzm. Zauważyli, że puszczenie wszystkiego na żywioł prowadziło w przeszłości do kartelizacji i tworzenia się monopoli. Rynek sam nie jest w stanie się z tym problemem uporać, stąd państwo musi przeciwdziałać ich powstawaniu, nie może także zaburzać konkurencji poprzez uprzywilejowywanie części przedsiębiorstw czy branż.

Ordoliberałowie zauważali także potrzebę prowadzenia polityki społecznej, choć różnili się między sobą co do zakresu jej zastosowania. Ład musi bazować także na fundamencie etycznym, który nie może być zakładnikiem gry między popytem a podażą. Zwłaszcza Röpke podkreślał przywiązanie do tradycji chrześcijańskiej i to, że człowiek nie może być traktowany nigdy jako środek do celu. Z tej też przyczyny praca ludzka nie jest przez ordoliberałów traktowana jako towar, którym obrót nie może podlegać regulacjom.

Polonoliberalizm w praktyce

Ordoliberałowie, którzy stworzyli bardzo przemyślaną, dojrzałą i realistyczną koncepcję liberalizmu, mieli duży wpływ na kształtowanie się polityki gospodarczej i społecznej w pierwszych latach RFN. Tymczasem w Polsce królowało prostackie operowanie kilkoma hasłami, które można luźno powiązać z liberalizmem, takimi jak państwo-minimum, czy wyższość gospodarki prywatnej nad państwową. Efekt jest taki, że, choć nigdy nie mieliśmy tego w doktrynie państwowej, a według Konstytucji „społeczna gospodarka rynkowa (…) stanowi podstawę ustroju gospodarczego Rzeczypospolitej Polskiej”, zasadne jest używanie dla opisu naszego realnego kapitalizmu określenia „polonoliberalizm”, ukutego przez Rafała Wosia w jego książce „Dziecięca choroba liberalizmu”.

Tylko w polonoliberalizmie można sprzedać państwową Telekomunikację Polską innej państwowej spółce, tyle że francuskiej, kierując się zasadą, że państwo nie powinno posiadać przedsiębiorstw. Albo oddać możliwość przymusowego ściągania dużej części naszych dochodów Otwartym Funduszom Emerytalnym (i jeszcze ich nie rozliczać z zarządzania nimi) używając argumentu, że przecież prywatne firmy zawsze lepiej dbają o pieniądze swoich klientów, niż państwo o kasę podatników. Z efektów mogą cieszyć się przede wszystkim zagraniczni doradcy, którzy przez lata przekonywali naszych decydentów, że przecież na tym polega „gospodarka rynkowa typu zachodniego”, choć trudno wskazać rozwinięte państwa, które stosowałyby tego typu rozwiązania.

Różnice między ordoliberalizmem a polonoliberalizmem najlepiej widać na przykładach. Po 1945 roku Niemcy Zachodnie musiały jakoś rozwiązać problem ponad 6 mln „Wypędzonych”, którzy po ucieczce i deportacji z terenów przyznanych przez Aliantów innym państwom nierzadko tracili cały swój dobytek. Zamiast trwale uzależnić ich od państwa przez system zasiłków, postanowiono umożliwić bankom, dla których „gołota” przybyła ze Wschodu nie stanowiła oczywiście wiarygodnego klienta, udzielanie im korzystnych kredytów, zabezpieczonych przez państwo. Dzięki tym rozwiązaniom łatwiej – choć nie bez problemów – udało się przywrócić im status właścicieli i zintegrować ze społeczeństwem zachodnioniemieckim.

W przeciwieństwie do Niemców polskim decydentom wcale nie zależało na upowszechnieniu własności. Jesteśmy obecnie jedynym państwem spośród byłych demoludów, w którym nie przeprowadzono reprywatyzacji. Szkodliwe skutki tego stanu rzeczy odczuwamy do dziś. Także model prywatyzacji, jaki obraliśmy, służył uwłaszczeniu nomenklatury i przede wszystkim łataniu dziury budżetowej środkami ze sprzedaży firm zagranicznym inwestorom, nie zaś upowszechnieniu własności. Co gorsza, III RP uderzyła poprzez wysokie stopy procentowe we własność tych, dzięki którym w Polsce nigdy tak naprawdę nie nastał komunizm: rolników.

Inna sprawa: konkurencyjność. W Polsce istnieją branże, w których prawo ewidentnie uprzywilejowuje większe przedsiębiorstwa względem mniejszych. Na łamanie konkurencji wpływa także prawo podatkowe, umożliwiające wyprowadzanie zysków za granicę i niepłacenie podatków przez koncerny, które stać na wyszukiwanie kruczków prawnych, a także istnienie Specjalnych Stref Ekonomicznych – hołubionych przez część wolnorynkowców. Tak się dziwnie składa, że z tego typu przywilejów korzystają głównie firmy zagraniczne, jako bogatsze, a także roztaczające wokół siebie nimb rzekomego większego profesjonalizmu. Także praktyczna realizacja Układu Europejskiego odznaczała się asymetrią, jeśli chodzi o korzyści z otwarcia rynków.

Zresztą Polska w niewielkim stopniu dbała do tej pory o to, by polscy przedsiębiorcy mogli skutecznie konkurować na rynkach zagranicznych. Podczas gdy Ludwig Erhard – w czasach, gdy było to nowością – często podróżował z przedstawicielami rodzimego biznesu po świecie, nasi politycy wpadają na tego typu pomysły zazwyczaj dopiero w sytuacjach kryzysowych, takich jak np. wprowadzenie przez Rosjan embarga na polską żywność. Nasi przedsiębiorcy narzekają także na brak wsparcia ze strony rządu przy walce z nieuczciwą konkurencją z zagranicy, przejawiającą się np. szkodliwymi kampaniami mającymi oczernić polskich producentów w oczach zagranicznych konsumentów. Tymczasem „miękkie” rozwiązania wspierające rodzimych przedsiębiorców należą do kanonu ordoliberalnych działań.

Bierzmy przykład

Gdy u progu polskiej demokracji premier Jan Krzysztof Bielecki, jeden z liderów środowiska gdańskich liberałów mówił, że „pierwszy milion trzeba ukraść”, pokazywał swój stosunek do oparcia gospodarki rynkowej na fundamencie etycznym. W wielu prawicowych i centrowych kręgach panował wręcz bałwochwalczy stosunek do zasady maksymalizacji zysku, z którego wyłamać się potrafili nieliczni (np. Krzysztof Dzierżawski). Także w praktyce funkcjonowania przedsiębiorstw widać, jak rzadko w kraju Jana Pawła II sięga się do jego encyklik społecznych, np. „Laborem exercens” i jak trudno realizuje się postulaty papieża np. dotyczące „sprawiedliwej płacy” i traktowania pracownika.

Wręcz przeciwnie: często przedsiębiorcy wykorzystują swoją przewagę wynikającą z rynku pracodawcy, dyktując niskie, nierosnące wraz z wydajnością pracy płace, czego, jestem przekonany, w wielu przypadkach nie usprawiedliwia klin podatkowy. Biznesmeni bywają też często nieuczciwi wobec siebie nawzajem, o czym świadczy choćby popularność przeciągania w nieskończoność płatności, eufemistycznie zwanego „kredytem kupieckim”. Spośród encyklik społecznych Jana Pawła II w świadomości istnieje tylko „Centesimus annus”, i to akurat ograniczona do tych passusów, które można wykorzystać do apologii „ekonomii przedsiębiorczości”. Z pominięciem tych fragmentów, które przestrzegają przed zagrożeniami, jakie zdaniem papieża-Polaka mogły pojawić się po pokonaniu realnego socjalizmu.

Erhard cel swoich reform określił krótko: „dobrobyt dla wszystkich”. Rozumiał przez to zapewnienie szerokim masom odpowiedniej siły nabywczej i upowszechnienie własności

To wszystko potęguje dojutrkowa polityka kolejnych rządów. Tak zwane reformy są wprowadzane chaotycznie, bez oglądu na szerszą całość, często grając rolę medialnych widowisk bądź próby ratowania sytuacji, gdy jest już za późno. Tyczy się to właściwie wszelkich sfer, od polityki podatkowej, przez rodzinną, zdrowotną, emerytalną, po edukacyjną. Wszystko toczy się chaotycznie, na horyzoncie mając jedynie najbliższą kampanię wyborczą. Zupełnie inaczej niż w powojennych Niemczech Zachodnich, w których dbano o to, by poszczególne elementy do siebie pasowały – i by nie trzeba było histerycznie reagować dopiero w momencie nastania katastrofy.

Doświadczenie ostatnich dwudziestu pięciu lat pokazuje, że nie da się budować sprawiedliwej, dostatniej i silnej Polski bez stworzenia rynkowego ładu bazującego na etycznym fundamencie. Ordoliberałowie dali przykład, jak to zrobić. Warto, abyśmy nieco się od Euckena & Co. nauczyli. Przede wszystkim warto sobie przypomnieć, że człowiek jest zwierzęciem społecznym, trwale związanym z innymi ludźmi, a nie niezależnym atomem, który może od czasu do czasu połączyć się z innymi atomami wiązaniem wymiany rynkowej. O tym mówi ordoliberalizm, podkreślający, że odpowiedni ład powinien godzić interes indywidualny z dobrem ogółu.

Eucken wskazywał, że w kraju, w którym ludzie kierują się jedynie żądzą zysku i egoizmem, z owoców pracy korzystają tylko elity. Z kolei próba kierowania się jedynie interesem ogółu prowadzi do nierozwiązywalnego paraliżu decyzyjnego. Obie sytuacje nazywał zresztą Utopiami. Elity społeczne winny z kolei mieć na uwadze potrzebę budowania przemyślanego ładu, który musi bazować na społeczeństwie właścicieli – tylko tacy mogą być suwerennymi obywatelami. Warto zmienić sposób patrzenia na rolę państwa, które z ledwie tolerowanego zła staje się wyznaczającym ramy, w jakich funkcjonuje społeczeństwo i egzekutorem działania zgodnie z tymi zasadami. Przy czym – wiem, że brzmi to strasznie górnolotnie – kierować powinno się ono dobrem Polaków, a nie zgodnością z wolnorynkową doktryną.

A co to wszystko oznacza w praktyce? Na to pytanie… już nam ordoliberałowie nie odpowiedzą. W końcu Balcerowicz w 1990 roku stosował podobne rozwiązania w zakresie walki z inflacją, co Erhard w latach 40., przy czym ten drugi odniósł sukces, a ten pierwszy – poniósł klęskę. Jesteśmy innym krajem, inne mamy też czasy i odpowiedź na to pytanie musimy poznać sami.

Żeby nie wyjść na czczego teoretyka dodam, że moim zdaniem po myśli ordoliberałów byłoby objęcie dodatkowymi regulacjami banków po to, by zmniejszyć ich przewagę nad kredytobiorcą wynikającą m.in. z asymetrii wiedzy, czy też starania o przedłużenie zakazu sprzedaży ziemi cudzoziemcom i taki obrót ziemią należącą (jeszcze) do państwa, by stała się ona podstawą silnego polskiego rolnictwa. Specjalnie wybrałem przykłady idące na przekór polonoliberalizmowi, by pokazać, że nie będzie łatwo.

Wolność w ładzie

A o tym, że musimy to zrobić świadczy fakt, że niezadowolenie z osiągnięć III RP rośnie. Za chwilę może się okazać, że zniechęceni do paru prostych haseł o byciu kowalem swojego losu i imperatywie nieprzeszkadzania – prekariusze zwrócą się w stronę innych prostych haseł: paternalizmu i ręcznego sterowania gospodarką. Ordoliberalizm, w przeciwieństwie do wielu innych ideologii, widzi zarówno jednostkę, jak i wspólnotę; jest prawdziwie republikańską ideą. W związku z tym, jako idea przemyślana, choć niestety trudna do przedstawienia za pomocą sloganów, może być lekiem na polonoliberalizm i barierą dla polonoetatyzmu. Za to trzeba jednak zapłacić cenę porzucenia mrzonki o tym, że wystarczy wszystko puścić na żywioł, i będzie dobrze. Albo wolność będzie uporządkowana, albo nie będzie jej wcale.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY MIESIĘCZNIK IDEI, NR 4 (58)/2015, 1 KWIETNIA–5 MAJA, CENA: 0 ZŁ

ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI DARCZYŃCOM. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Nowa Konfederacja w potrzebie


 

 

„Nowa Konfederacja” nr 4 (58)/2015
Opublikowano: 1.04.2015
pdfpdf


Skomentuj artykuł
  • WordPress(3)
  • Facebook(1)
  • Google Plus(0)
3 odpowiedzi na „Potrzebujemy ordoliberalnego kopniaka”
  • Dobrze napisane i w prawdzie ale przecież nie przybliża nas do polskich warunków ani tamtych, ani czasów dzisiejszych. Wprowadzanie nowej, sensownej polityki gospodarczej w Kraju, w którym nie było takowej przez ponad 2 pokolenia a w dodatku to pierwsze z nich nie miało o gospodarce żadnego pojęcia należy zacząć od analizy stanu posiadania, od analizy potencjału kreatywności gospodarczej a nawet pojmowania samej istoty życia ekonomicznego społeczeństwa. Nieodzowną była też prawdziwa wiedza na temat podziału pracy. Niestety, taką wiedzą nie dysponowali nawet ci, którzy tą gospodarką zaczęli w nowej RP kierować i wszystko na to wskazuje, że nie dysponują nią nawet dzisiaj. Kraje Zachodu realizowały swą politykę gospodarczą w strukturze podziału pracy nieprzerwanej od średniowiecza mimo wojen i innych kataklizmów. Nigdy nie został tam całkowicie zdemolowany podział pracy na najniższym poziomie społecznym co pozwalało zachować niemal naturalną zdolność do społecznego życia gospodarczego. To ono było tam zawsze bazą polityki ekonomicznej, nie tylko w sferze gospodarczej ale i społecznej. Mimo upływu niemal ćwierćwiecza nie udało się w Polsce odtworzyć tej elementarnej warstwy struktury gospodarczej – co więcej, wszelkie próby jej samoistnego odtworzenia przez społeczeństwo jest niemal ścigane przez prawo podatkowe.
    Przeszczepianie zatem modeli ekonomicznych Zachodu musi kończyć się porażką i ograniczeniem jedynie do aplikacji patologicznych – tam nie do zaakceptowania i marginalnych spekulacyjnych konstrukcji.
    W społeczeństwie nigdy nie jest tak, że nie ma rozwiązań, tzn. że nie ma takich, którzy wiedzą co należy robić. Trzeba tylko ich znaleźć. W Polsce międzywojennej jakoś to wiedziano i niemal we wszystkich węzłowych obszarach życia gospodarczego poszukano takich za granicą. Świadczyło to o etycznej klasie zapraszających ale i zaproszonych. U nas, ci, co zawsze wiedzą i zawsze wiedzieli lepiej, przygotowali się do tego odpowiednio, by wiedzieć także lepiej po zmianie władzy. To m.in. tak długo ta zmiana władzy trwała.

  • Instalowanie nowych porządków gospodarczych lub politycznych na nieprzygotowanym gruncie nie może się udać. Grupa naukowców przeprowadziła eksperyment w Berlinie, który wykazał, że socjalizm korumpuje ludzi na długie lata.

    Przepraszam za spam, ale tutaj link do krótkiej notki „Socjalizm mamy we krwi”: http://neuroprawo.blogspot.com/2014/10/socjalizm-mamy-we-krwi.html

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZABEZPIECZENIE ANTYSPAMOWE - w celu zabezpieczenia przed robotami spamującymi prosimy rozwiązać proste zadanie. *