Czy Stany mają dość Putina? | Nowa Konfederacja


Michał Kuź
Redaktor „Nowej Konfederacji”, ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, doktor nauk politycznych

Czy Stany mają dość Putina?

Można zaryzykować stwierdzenie, że jeśli Putin się zachwieje, to nikt go nie będzie w Waszyngtonie specjalnie podtrzymywał. USA tracą cierpliwość i boją się destabilizacji Rosji mniej niż Europa.

Dostarczone przez Rosję rakiety strącają samolot. Na pokładzie ginie co najmniej jeden Amerykanin (19-letni Quinn Schansman). Rakiety odpalają separatyści walczący o Noworosję, czyli organizacja wspierana przez Kreml, o czym otwarcie mówi prezydent Obama. Krótko potem dochodzi do samobójczego zamachu z inspiracji tych samych ludzi. Wojska ukraińskie odnajdują zaś na odbitych terenach ciała zamordowanych przez separatystów zakładników oraz oswobadzają tych, którzy przeżyli.

Zmiana perspektywy

W oczach Ameryki analogie są dość oczywiste. Władimir Putin nagle dołączył do tej samej kategorii „przywódców”, co Saddam Husajn i Muammar Kadafi. Oczywiście dzierży stery władzy potężnego kraju, a amerykańska opinia publiczna jest nastawiona wciąż raczej izolacjonistycznie. A więc trudno powiedzieć, że ze stwierdzenia, iż oto Putin dołącza do grona sponsorów międzynarodowego terroryzmu, miałyby zostać natychmiast wyciągnięte twarde, polityczne wnioski. Nie ma też na razie mowy o tym, by wesprzeć militarnie Ukrainę. Nowe sankcje wiszą jednak w powietrzu, w tym również te najbardziej dotkliwe.

W wypowiedziach polityków i analityków amerykańskich wyczuwa się też teraz autentyczną niechęć, oskarżenia i frustrację wobec polityki Kremla. I choć za oceanem nadal rozumie się znaczenie, a nawet użyteczność Rosji, to sam Putin jest już wyraźnie przywódcą, do którego USA tracą cierpliwość.

Ambasador Stanów Zjednoczonych przy ONZ Samantha Power wypowiedziała się na ten temat dość ostro. „Rosja nie opanowała tego, co sama rozpętała” – grzmiała na forum ONZ. Nie uspokoiło jej nawet poparcie Kremla dla rezolucji wzywającej do przeprowadzenia niezależnego, międzynarodowego śledztwa. „Żadna rezolucja nie byłaby potrzebna, gdyby Rosja użyła swoich wpływów, zmuszając separatystów do udostępnienia miejsca katastrofy” – powiedziała. Wcześniej zaś oznajmiła, że to Rosja „musi skończyć tę wojnę”.

Jej szef prezydent Obama jest tradycyjnie politykiem unikającym ostrych sformułowań. I u niego widać jednak wyraźne zaostrzenie retoryki. Zwłaszcza jeśli porówna się jego poniedziałkowe przemówienie poświęcone Ukrainie z wypowiedziami z marca. Ba takie porównanie pokazuje jego ostatnią wypowiedź jako niezwykle ostrą, bo niewykluczającą już wyraźnie rozwiązań innych niż dyplomatyczne.

W marcu bowiem prezydent USA bardzo dobitnie podkreślał, że to nie jest „kolejna zimna wojna”. W czerwcu w Warszawie mówił tylko o przeciwstawianiu się „rosyjskim prowokacjom”. Jakby mimochodem zaznaczał jednak, że zjednoczona Ukraina potrzebuje silnych więzi zarówno z Europą, jak i z Rosją.

Dopiero po strąceniu malezyjskiego samolotu pojawiły się ostrzejsze tony. Po raz pierwszy zaczął otwarcie powtarzać określenie „wspierani przez Rosję separatyści” [russian-backed separatista]. Co jednak najważniejsze, zamiast wciąż podkreślać, że nawołuje obie strony do pokoju, stwierdził sucho, iż rozwiązania dyplomatyczne „są wciąż możliwe” i on je „preferuje”. Zaraz potem padło zaś zawieszone w powietrzu „ale”, a następnie już nieco mniej ostre zdanie o „rosnących kosztach wspierania separatystów” i dalszej izolacji.

Kto się boi destabilizacji?

Co do sankcji, to zdaniem ekspertów na horyzoncie pojawia się możliwość wprowadzenia przez USA zakazu handlu ropą i bronią w stylu sankcji irańskich. To zaś mogłoby Putina zaboleć szczególnie, zważywszy na to, że również sytuacja gospodarcza Rosji powoli się pogarsza. Bank centralny przewiduje w tym roku zerowy wzrost, w przyszłym grozi recesja. Nawet jeśli dziś Putin jest zakładnikiem własnej propagandy przerzucającej winę na Kijów, to wydaje się, że jeszcze trudniej będzie propagandowo upudrować realny spadek poziomu życia. W efekcie i bez specjalnych działań ze strony Zachodu dojść może w Rosji do politycznego przesilenia. Naturalnie mowa tu o perspektywie raczej kilku lat niż kilku miesięcy, tak jak w 1983 r., po zestrzeleniu innego pasażerskiego samolotu, prawdopodobieństwo przemian jednak rośnie.

Już od jakiegoś czasu analizy amerykańskie mówią o tym, że za barbaryzację rosyjskiej polityki jest osobiście odpowiedzialny Putin i jego najbliższe otoczenie towarzysko-biznesowe

Zdaniem autorów znanej monografii o krajach autorytarnych, Stevena Levitsky’ego i Lucana A. Waya, w okresach takiego przesilenia kluczowe jest to, czy dla przemiany istnieje korzystny klimat międzynarodowy. To, czy świat jest skłonny nową ekipę poprzeć. W przypadku Rosji czynnikiem hamującym pozostaje perspektywa destabilizacji całej Federacji Rosyjskiej, czego Zachód z pewnością by nie chciał. Jednak wizja odbudowy agresywnego imperium lub utrzymania się przy władzy nieprzewidywalnego przywódcy, który stał się uzależniony od własnej agresywnej retoryki, również nie jest nęcąca.

Próby kopania dołków pod Putinem to naturalnie zachowanie zdecydowanie odległe od stylu politycznego Baracka Obamy. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że jeśli pewnego dnia Putin się zachwieje, to nikt go nie będzie w Waszyngtonie specjalnie podtrzymywał. Są ku temu co najmniej trzy przesłanki geopolityczne. Po pierwsze, Stany są od Rosji wystarczająco oddalone, by w mniejszym stopniu niż Europa Zachodnia odczuwać zagrożenie destabilizacją Federacji Rosyjskiej. Po drugie, już teraz Waszyngtonowi przeszkadza wyraźne zbliżenie Kremla oraz Pekinu i może woleć pewną niestabilność w Azji Środkowej niż wzrost potęgi Chin. Po trzecie, USA inaczej niż Europa Zachodnia nie importują rosyjskiego gazu, tylko eksportują własny, a wiec na zamieszaniu w Rosji mogą wręcz, do pewnego stopnia, skorzystać.

Rosja to wróg!

Względne poczucie bezpieczeństwa sprawia, że amerykańskie media nie oszczędzają Władimira Władimirowicza. Nawet dotychczas raczej łagodny wobec Rosji „New York Times” obarcza Rosję winą za zestrzelenie malezyjskiego samolotu. Edytorial „Washington Post” pisze wprost o Federacji Rosyjskiej jako o „rogue state” [kraju zbójeckim], co przedtem zarezerwowane było tylko dla państw takich jak Korea Północna. Publicysta „Wall Street Journal” stwierdza też, że Rosja znowu staje się „wrogiem USA”. „Foreign Policy” porównuje zaś sytuację po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu do kryzysu kubańskiego i zestrzelenia w 1983 r. przez ZSRR samolotu koreańskich linii lotniczych. Jak wiadomo, w obu poprzednich przypadkach napięcia na linii Zachód–Kreml doprowadziły do eskalacji na granicy wojny nuklearnej. „Wtedy nie doszło do katastrofy, za trzecim razem świat może mieć mniej szczęścia?” – spekuluje analityk. Swoje obawy uzasadnia zaś tym, że Putin jest niewolnikiem własnej propagandy w nawet większym stopniu niż Andropow, który zamiast uparcie fabrykować alternatywne historie, po pewnym czasie przyznał, iż to rosyjskie siły lotnicze omyłkowo zestrzeliły liniowiec.

Jednocześnie jednak wpływowy „Foreign Policy” roztacza przed czytelnikami wizję nowej pierestrojki, która może pogrzebać władzę Putina. To samo czyni George Friedman, wraz z ośrodkiem Stratfor, który bywa określany jako „cywilne CIA”, i pyta, „czy Putin może przetrwać?”. Friedman stwierdza bowiem, że Władimir Putin nie wycofa się z Ukrainy, bo straci twarz. A równocześnie nie może również dalej wspierać separatystów bez rozpoczęcia prawdziwej wojny, której skutki społeczeństwo rosyjskie boleśnie odczuje. Bez względu na to, jak się sprawy potoczą, jego pozycja w polityce wewnętrznej ulegnie więc osłabieniu.

Friedman nie przeczy przy tym, że Putin skupił całą władzę w rękach swoich i swego zaufanego grona, swoistego, nowego „politbiura”. Dlatego najbardziej prawdopodobny scenariusz jego zdaniem jest taki, że prezydentowi Rosji cios w plecy w pewnym momencie zada właśnie człowiek mu już bliski. Stratfor mówi np. wprost o merze Moskwy Siergieju Sobianinie i ministrze obrony Siergieju Sojgu lub wicepremierze Siergieju Iwanowie jako o popularnych politykach, którzy mogą się stać rosyjskimi Brutusami.

Warto dodać, że już od jakiegoś czasu analizy amerykańskie mówią o tym, iż za barbaryzację rosyjskiej polityki jest osobiście odpowiedzialny Putin i jego najbliższe otoczenie towarzysko-biznesowe. Dlatego też pierwsze sankcje były wymierzone personalnie w tych właśnie ludzi. Dalsze mogą być odczuwalne również przez zwykłych Rosjan, którzy mogą wtedy zapragnąć zmian.

Taki scenariusz wydaje się oczywiście nadal rodzajem „political fiction” [fantastyki politycznej], ale nie zapominajmy, że jeszcze w tym ćwierćwieczu widzieliśmy na ulicach Moskwy czołgi, było to podczas puczu Janajewa. Wówczas świat naturalnie kibicował młodemu postępowemu przywódcy – Borysowi Jelcynowi. Dziś przynajmniej USA byłyby chyba gotowe poprzeć nawet twardogłowego generała, byleby nie oglądać już oblicza Władimira Władimirowicza Putina.

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 30 (42)/2014, 24–30 LIPCA, CENA: 0 ZŁ

 

ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI DARCZYŃCOM. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Nowa Konfederacja w potrzebie


„Nowa Konfederacja” nr 30 (42)/2014
Opublikowano: 24.07.2014
pdfpdf


Skomentuj artykuł
  • WordPress(1)
  • Facebook(0)
  • Google Plus(0)
Jedna odpowiedź na „Czy Stany mają dość Putina?”
  • „ Rakiety odpalają separatyści walczący o Noworosję, czyli organizacja wspierana przez Kreml, o czym otwarcie mówi prezydent Obama.” – oczywiście jeśli prezydent Obama mówi o tym otwarcie, żaden sąd na świecie nie podważyłby wiarygodności dowodu. Dziwnie, kiedy Putin domaga się niezależnego międzynarodowego śledztwa w tej sprawie, Zachód karmiony propagandą o tym jakoby to on był jedyną ostoją praw człowieka, podczas kiedy Rosjanie to prawdopodobnie niedźwiedzie, które dopiero co opuściły swoje jamy, zdaje się bez żadnego dochodzenia w tej sprawie wiedzieć kto stoi za zbrodnią. Dziwnym trafem ukraińscy kontrolerzy prowadzili samolot poprzez strefę działań militarnych na wchodzie Ukrainy, w której nie miał on prawa się znaleźć. Nikt nie próbuje sobie zadać pytania co Rosja mogłaby ugrać na takim zamachu – byłby to oczywiście totalny pijarowy strzał w stopę, ale co tam, Rosja to zło, Ameryka to dobro i demokracja.
    Putin wcale nie tak „nagle dołączył do tej samej kategorii „przywódców”, co Saddam Husajn i Muammar Kadafi”. Od momentu objęcia władzy stara się prowadzić politykę umacniającą pozycję Rosji na arenie międzynarodowej, naprawiając błędy swoich poprzedników, tak aby móc przeciwstawić się imperialnej polityce USA. Misje stabilizacyjne (czyt. wojny) Stanów Zjednoczonych w Iraku i Libii zdaje się nie pozostawiły tych krajów w lepszej sytuacji, nie wspominając już o tym ilu cywilów zginęło. Ale znów, co tam, daleko, a i pewnie „dzicz muzułmańska” sama się wybiła, nie warto pytać kto chociażby finansował broń. Fakt nie znalezienia broni masowego rażenia w Iraku, która była powodem wszczęcia wojny w Iraku też zdaje się nie prowokować nikogo do myślenia, ani też próba wprowadzenia nowej waluty – złotego dinara – przez Kadaffiego, która osłabiłaby zielonego dolara, po której cały konflikt w Libii w walce o demokrację z „dyktatorem” Kaddafim.
    Stany Zjednoczone są krajem zadłużonym tak bardzo, że w ogóle możliwość spłacenia zadłużenia można kwestionować. Rosja nie ma prawie żadnego długu. Współpraca rosyjsko – chińska chyba nigdy w historii nie była silniejsza. Chiny – kraj, który w przeciągu 20 lat wysunął się na pozycję kolejnego supermocarstwa, inwestujący na całym świecie we wszystko, sam za to wzywający wszystkie nacje do współpracy, planujący utworzenia nowego banku inwestycyjnego (Asian Infrastructure Investment Bank – AIIB) skierowanego na odbudowę nowego jedwabnego szlaku wolnego od wpływów zachodnich (swoją drogą cierń w oku dla Wall Street) – zapowiedziały gotowość zastąpienia inwestorów zachodnich w Rosji w przypadku sankcji. Kraje BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny oraz Afryka Południowa) – jeden z najbardziej bezprecedensowych zjawisk ostatnich lat na arenie międzynarodowej – pracują nad odbudową finansowej architektury świata (balansując od lat utrzymującą się przewagę zachodu), w momencie kiedy kraje zachodnie nie moga podnieść się z kryzysu finansowego, który notabene tak naprawdę nadchodzi. Oczywiście niekoniecznie czytamy o wszystkich tych faktach w polskich mediach.
    Jeśli ktoś jednak jest wciąż w stanie argumentować, że to nie Rosji, lecz Stanom Zjednoczonym destabilizacja na świecie jest teraz bardziej na rękę, to podziwiam determinację w byciu członkiem maszyny propagandowej Zachodu.

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZABEZPIECZENIE ANTYSPAMOWE - w celu zabezpieczenia przed robotami spamującymi prosimy rozwiązać proste zadanie. *
Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.