Biedni płacą za kształcenie bogatych | Nowa Konfederacja


Krzysztof Wołodźko
Stały współpracownik „Nowej Konfederacji”

Biedni płacą za kształcenie bogatych

Polska szkoła bardzo mocno się rozwarstwia: dla dzieci z bogatych domów (z reguły także o wyższym kapitale kulturowym) są lepsze szkoły. Dla dzieci z domów biedniejszych – szkoły gorsze.

Na początku grudnia ukazał się głośno komentowany, przygotowany na zlecenie Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju raport PISA dotyczący poziomu światowego szkolnictwa. W tym roku Polska ma powód do dumy: nasi piętnastolatkowie znaleźli się na szóstym miejscu w Europie, po swoich równolatkach z Lichtensteinu, Szwajcarii, Holandii, Estonii i Finlandii. Jest dobrze, choć miarodajność raportów PISA bywa – i to ostro – kwestionowana.

Kombinat edukacyjny

Rzadziej natomiast mówi się o drugiej stronie medalu, czyli rosnącym w Polsce „edukacyjnym rozwarstwieniu”. Mamy bardzo dobrą, elitarną edukację, a równocześnie prawdziwą bolączką naszego życia społecznego staje się gettoizacja wielu polskich szkół. „Polska szkoła potrzebuje więcej pieniędzy” – mówił Donald Tusk, komentując raport PISA. Jednak, podobnie jak w przypadku innych aspektów peryferyjnej modernizacji, warto zapytać, w jaki sposób te środki byłyby wydatkowane…

System edukacji publicznej jest programowo niedofinansowany, strukturalnie sprowadzony do roli „kombinatu edukacyjnego”, w którym parametryzacja i walka o wyniki jest szansą dla dzieci z dużym kapitałem kulturowym i finansowym, wyniesionym z domu, ale spycha niżej pozostałe. Dodatkowym problemem jest to, że placówki oświatowe znikają z ojczystej mapy społeczno-edukacyjnej. W zamian z reguły nie powstaje żadna kulturotwórcza alternatywa, co wpływa także na rozpad więzi społecznych, bo wzrost kapitału kulturowego zwykle szedł na polskiej prowincji w parze z pracą edukacyjno-społecznikowską, wykonywaną zresztą przez słabo opłacanych nauczycieli.

Rosnące rozwarstwienie

Polska szkoła bardzo mocno się rozwarstwia: dla dzieci z bogatych domów (z reguły także o wyższym kapitale kulturowym) są lepsze szkoły. Dla dzieci z domów biedniejszych – szkoły gorsze. Ba, nie chodzi już tylko o szkoły, lecz także o przedszkola, gdzie płatne zajęcia baletu, judo itp. bardzo szybko determinują nie tylko edukacyjny status najmłodszych… Ten proces sprzyja petryfikacji stosunków społecznych i zdecydowanie ogranicza „powszechną równość możliwości”, która stanowi jeden z istotnych czynników budowania bardziej zamożnych społeczeństw (a nie jedynie jeszcze bogatszych warstw wyższych).

Wedle badań dr. hab. Romana Dolady z Instytutu Badań Edukacyjnych w skali kraju zaznacza się w tej materii nowy trend. Jeszcze w latach 80. XX w. można było na ogół dzielić szkoły pod kątem jakości edukacji wedle linii demarkacyjnej miasto–wieś. Dziś poziom szkół wiejskich/prowincjonalnych się podniósł, za to dramatycznie obniżyła się jakość kształcenia w szkołach wielkomiejskich. Prof. Tomasz Szkudlarek, pedagog z Uniwersytetu Gdańskiego, wyjaśniał to następująco w wywiadzie na łamach „Nowego Obywatela”: mechanizm „działa na zasadzie gettoizacji – lepiej wykształcone grupy społeczne wyprowadzają się z dzielnic wymieszanych kulturowo i zabierają swoje dzieci ze szkół, które uważają za niedostatecznie dobre, przenosząc je do bardziej elitarnych. I jest to proces gwałtowny”. Przypomnijmy również, że wedle policyjnych statystyk w szkołach-kombinatach, które zastępują małe, lokalne placówki oświatowe, wzrasta przestępczość. To także jedno z obliczy edukacyjnego rozwarstwienia.

Logika bezmyślności elit

Obecny model szkolnictwa cywilizacyjnie uwstecznia nasze społeczeństwo. Owszem, gwarantuje powstanie i reprodukcję uprzywilejowanej i doskonale wykształconej wąskiej elity. Ale stwarza przy okazji system ciągłego odtwarzania ubóstwa materialnego i kulturowego dla sporej części Polaków, spychając ich ku nizinom społecznym. Nic nie wskazuje na to, by szykowała się przemyślana strategia zmian w edukacji publicznej. Logika bezmyślności elit politycznych jest nieubłagana: finansową odpowiedzialność zrzucić na gminę i na rodziny, skomercjalizować co się da, nie rezygnując przy tym z biurokratycznej czapy nad oświatą. I kropka.

Obecny model szkolnictwa cywilizacyjnie uwstecznia nasze społeczeństwo

Dodam do tego jeszcze jedną kwestię. Czasem z pozoru odległe od siebie aspekty społecznych realiów sprzęgają się w mieszankę wybuchową. W Polsce równocześnie z likwidacją szkół idzie likwidacja komunikacji publicznej. W 2012 r. powstała analiza Federacji Inicjatyw Oświatowych, z której wynika, że szczególnie na polskiej prowincji wciąż wydłuża się czas podróży dzieci do szkoły i ze szkoły. Z jednej strony dotyczy to autobusowej komunikacji szkolnej. Z drugiej sporej części młodzieży, która musi dojeżdżać ze wsi i miasteczek do coraz dalej położonych szkół średnich. Bo choć może to kogoś zdziwić, młodzi Polacy z reguły nie podróżują luksusowymi samochodami. Są skazani na zamierającą komunikację lokalną, która w ogóle nie budzi zainteresowania decydentów wcielających w życie peryferyjne modele modernizacji.

Na marginesie zainteresowania

Jak na to reaguje bardziej świadoma część społeczeństwa, rekrutująca się właśnie z warstw o wyższym kapitale kulturowym i gospodarczym? O lepszych szkołach już mówiłem. Ale jest jeszcze jeden sposób: ucieczka w home-schooling, co społecznie jest jeszcze jedną wariacją na temat indywidualistycznych strategii przetrwania. Bo myślenie wspólnotowe wciąż nie jest mocną stroną polskich elit. Niezależnie od tego, jak się określają na mapie światopoglądowej. Konserwatyści, libertyni i liberałowie, lewica, prawica – indywidualistyczna ucieczka przed dysfunkcjonalną sferą publiczną przybiera różne uzasadnienia, rzadko jednak wiąże się z refleksją, że potrzebna jest systemowa sanacja. Chyba bardziej wierzymy w tajne nauczanie i komplety niż w instytucje, które powinny nam służyć. Spójrzmy na dyskusję o szkolnictwie: nie ma tu niemal nic poza emocjonalną bitwą o sześciolatki w szkołach albo histerycznymi przepychankami obyczajowymi. Nic, co by świadczyło, że Polacy rozumieją, co się dzieje ze współczesną szkołą i jakie to będzie miało konsekwencje już za kilkanaście lat. Nic, co by świadczyło, że ludzie dorośli rozumieją coraz powszechniejsze problemy psychiczne dzieci w szkołach.

Nie ma kraju bez kultury, nie ma państwa bez silnych struktur kulturotwórczych i odpowiedzialnej, bezpiecznej i przyjaznej dzieciom szkoły. A my to wszystko demontujemy, a części z nas imponują politycy, którzy autodestrukcji państwa sprzyjają. Wojny ideologiczne prowadzi się o wiele łatwiej niż spory merytoryczne…

I jeszcze jeden, dłuższy cytat, bardzo wymowny i bolesny. Dr Wojciech Woźniak, socjolog z Uniwersytetu Łódzkiego: „Korzystając wyłącznie z zaplecza, które daje szkoła publiczna, prawie niemożliwe jest dostanie się na studia postrzegane jako przynoszące w dłuższym terminie największe profity, jak medycyna, prawo, niektóre kierunki inżynierskie czy artystyczne. Same uczelnie organizują płatne kursy przygotowujące do egzaminów wstępnych albo do osiągnięcia na maturze wyniku gwarantującego zdobycie indeksu. Kilka lat temu na spotkanie z pracownikami naszego wydziału przyjechał ówczesny premier, a wcześniej jego wykładowca, czyli prof. Marek Belka. Jedna z socjologów zwróciła uwagę, że dzieci bogatszych i lepiej wykształconych rodziców trafiają do nas na bezpłatne studia, podczas gdy te o niższym statusie muszą korzystać z trybu zaocznego lub szkół prywatnych. Na jej pytanie, dlaczego partia z lewicą w nazwie nie podejmuje prób rozwiązania tego problemu, pan premier powiedział szczerze (cytuję z pamięci): »Ja, rzecz jasna, mogę go poddać pod debatę, ale żadne zmiany nie przejdą, bo to nasze – klasy politycznej – dzieci są uprzywilejowane w dostępie na prawo czy medycynę«” („Nowy Obywatel”, jesień 2013).

Młodzież na eksport

Dla rządzących Polską raport PISA to powód do chluby i podkreślania własnych osiągnięć. Dla nas wszystkich – dowód, że nasza młodzież ma ogromny potencjał intelektualny. Ale pomijając wcześniej poruszone wątki, smutne jest to, że przy tak niskim poziomie innowacyjności polskiej gospodarki już teraz można zaryzykować tezę, że kształcimy kadry, które później będą budowały dobrobyt innych społeczeństw.

Warto sobie przy okazji postawić pytanie, czy ogół polskiej młodzieży musi płacić za sukces tej nielicznej, młodej elity. Bo niestety tak to obecnie wygląda w świetle wyżej przedstawionych faktów. Mamy świetny „towar eksportowy”. Ale co dla ogółu społeczeństwa?

Nowa Konfederacja
INTERNETOWY TYGODNIK IDEI, NR 11–12, 19 GRUDNIA 2013–1 STYCZNIA 2014, CENA: 0 ZŁ

ARTYKUŁ POWSTAŁ DZIĘKI DARCZYŃCOM. ZOSTAŃ JEDNYM Z NICH!

Nowa Konfederacja w potrzebie


 

„Nowa Konfederacja” nr 11–12
Opublikowano: 19.12.2013
pdfpdf


Skomentuj artykuł
  • WordPress(0)
  • Facebook(0)
  • Google Plus(0)

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ZABEZPIECZENIE ANTYSPAMOWE - w celu zabezpieczenia przed robotami spamującymi prosimy rozwiązać proste zadanie. *