Gazociąg Północny II – requiem dla pewnych złudzeń

Umowa w sprawie Nord Stream II, choć stawia Polskę w bardzo trudnym położeniu, nie jest jeszcze wyrokiem śmierci

Podpisanie umowy o budowie gazociągu Nord Stream II przeszło w polskich mediach bez należytego echa. A szkoda, bo wydarzenie to symbolicznie oznacza koniec postpolityki – opartej na emocjach i wizerunku, zastępującej autentyczne debaty i myślenie strategiczne. Za jednym zamachem odesłano do lamusa dwie koncepcje polityki europejskiej: solidarność i unię energetyczną. Jednocześnie do rangi smutnego symbolu urasta fakt, że zamknęła się pewna pętla w historii polskich kontraktów gazowych. Symboliczną klamrą, która spięła oba jej końce, jest postać Donalda Tuska.

Cios w plecy

4 września br. we Władywostoku spółki BASF i E.ON (Niemcy), OMV (Austria), ENGIE (Francja) oraz Shell (Wielka Brytania/Holandia) podpisały z Gazpromem umowę o budowie dwóch kolejnych nitek gazociągu Nord Stream. Będzie to oznaczać podwojenie jego mocy przesyłowych z 55 do 110 mld m3 rocznie. Jeśli projekt zostanie ukończony, doprowadzi do znaczącej zmiany reguł gry na rynku gazowym w Europie Środkowo-Wschodniej. Okaże się, że przy eksporcie do Unii Europejskiej, wahającym się w przedziale 130–160 mld m3 rocznie, Rosjanie będą mieć dostęp do połączeń międzysystemowych o łącznej przepustowości co najmniej 320 mld m3 (110 nowy Nord Stream, 33 Jamał i 180 system ukraiński). Gazprom będzie mógł zatem, po maksymalnym zatłoczeniu Nord Streamu, żonglować (i selektywnie odłączać) gazociągami biegnącymi przez Polskę, Ukrainę i Słowację.

Jednym z pierwszych polityków, który dostrzegł skalę zagrożenia, był premier Słowacji Robert Fico. Chociaż wywodzi się z frakcji postkomunistycznych i często jest porównywany do Andrzeja Leppera, nie zawahał się nazwać rzeczy po imieniu. „Zdradą”, „ciosem w plecy” i „robieniem idiotów” – tym w istocie jest porozumienie, które idzie dokładnie w poprzek polityki Komisji Europejskiej i jest zawierane równolegle do trwających negocjacji w sprawie pokoju na Ukrainie i przyszłości tego państwa jako kraju tranzytowego dla rosyjskiego gazu. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że właśnie Słowacja i Ukraina jako pierwsze (i z pewnością najbardziej) odczują skutki powstania Nord Stream II.

Polska jest następna na liście. Wprawdzie u nas wpływy z tranzytu są znacznie mniejsze, a gospodarka jako taka nie jest mocno zależna od „błękitnego paliwa”, ale i tak pozostaje kwestia tego, jak w przyszłości będzie wyglądał nasz bilans energetyczny. Wraz z wymuszanym przez Unię zwiększaniem w produkcji elektryczności udziału energetyki odnawialnej, z natury rzeczy nieciągłej (bo słońce w nocy i w pochmurne dni nie świeci, a wiatr wieje kędy chce), pojawi się potrzeba posiadania zapasowych źródeł mocy na wypadek przerw w dostawach. Węgiel jest na cenzurowanym, atom niepewny – może się okazać, że zużycie gazu ziemnego w Polsce wreszcie zacznie rosnąć zgodnie z prognozami (co dotychczas nie miało miejsca). Nie musi, ale może.

Puste frazesy

Przede wszystkim jednak umowa ostatecznie demaskuje jako puste frazesy koncepcje „solidarności europejskiej” i „unii energetycznej”. Na te ładne słówka z pozytywnym przekazem mogą się nabrać już tylko wyjątkowo naiwni. „Solidarność europejska”, wprowadzana pod przymusem (jak tego chcą niektórzy niemieccy politycy), ma dotyczyć, jak się okazuje, wyłącznie poświęceń ze strony nowych państw Unii. Tam, gdzie swoje interesy mają stare państwa, pojawia się podział na równych i równiejszych. Właśnie teraz, kiedy po aneksji Krymu i wymuszeniu na Ukrainie zmian w konstytucji, firmy z Zachodu przy wsparciu polityków podpisują porozumienie z przedsiębiorstwem, będącym narzędziem polityki zagranicznej kraju, który zagraża suwerenności wschodniej części kontynentu. Do tego umowa dotyczy jednego z najwrażliwszych obszarów bezpieczeństwa.

Gazprom będzie mógł, po maksymalnym zatłoczeniu Gazociągu Północnego, żonglować (i selektywnie odłączać) dostawami błękitnego paliwa biegnącymi przez Polskę, Ukrainę i Słowację

„Unia energetyczna” jako pusty frazes pożyje zapewne trochę dłużej. Ba, może nawet znajdzie się w oficjalnych dokumentach po tym, jak w jej szaty zostaną ubrane postanowienia pakietu energetyczno-klimatycznego. Ale o wspólnych zakupach gazu i negocjowaniu z dostawcami można już zapomnieć. Każdy sobie rzepkę skrobie, chciałoby się rzec. Nie będzie jedności, chyba że w dziedzinie narzucania korzystnych dla starych państw UE rozwiązań. Koniec sloganów, liczyć się będą już tylko fakty.

Dla Polski początkiem i końcem smutnej sekwencji wydarzeń, która doprowadziła do zaistnienia obecnej sytuacji, jest Donald Tusk. Kiedy w latach 2009–2010 przyjmowaliśmy niesławny kontrakt jamalski, którego najbardziej niekorzystne zapisy zmieniła dopiero Komisja Europejska, ówczesny premier przekonywał, że to dobre porozumienie. Bardzo szybko okazało się, że mamy najdroższy w Europie gaz na najgorszych warunkach. Dziś, kiedy podpisano umowę w sprawie budowy Nord Stream II, Tusk jest przewodniczącym Rady Europejskiej. Okazuje się, że choć w części mediów objęcie przez niego tego stanowiska uważano za ogromny sukces i szansę (nazywano go nawet „Prezydentem Europy”), jego wpływ na rzeczywistą, twardą politykę jest znikomy. Z obu tych zdarzeń, przyjęcia kontraktu jamalskiego i budowy Nord Stream II, może w przyszłości wyniknąć bardzo poważne zagrożenie dla bezpieczeństwa energetycznego RP.

Trochę optymizmu

Umowa ws. Nord Stream II, choć stawia Polskę w bardzo trudnym położeniu w kontekście renegocjacji kontraktu jamalskiego, nie jest na szczęście jeszcze wyrokiem śmierci. Dwie nowe nitki gazociągu mają być gotowe w 2020 roku. W roku 2019 wygasa umowa tranzytowa na gaz ziemny do Niemiec i trzeba się spodziewać, że Rosjanie mogą postawić bardzo twarde warunki w zakresie jej renegocjowania. W roku 2022 z kolei kończy się kontrakt na dostawy. Te dwie daty wyznaczają horyzont czasowy, w którym Polska ma jeszcze czas na reakcję. I nie jest zupełnie pozbawiona atutów. Najlepiej pokazują to bieżące wydarzenia.

Przede wszystkim, trwa proces wytoczony Gazpromowi przez Komisję Europejską. Do 28 września rosyjski gigant ma się ustosunkować do zarzutów, ale raczej nie zakończy to sprawy. Rosjanie poszli ostatnio na pewne ustępstwa, m.in po raz pierwszy w historii organizując aukcje sprzedaży gazu, co pokazuje, że do pewnego stopnia muszą się ze zdaniem KE liczyć. Przynajmniej na razie. Komisja raczej nie będzie zachwycona podpisaniem porozumienia idącego jawnie w poprzek jej polityki, z pewnością więc Gazprom czekają dalsze trudne negocjacje.

Na to nakłada się arbitraż cenowy, o który wystąpił PGNiG. Argumenty polskiej spółki pokrywają się z częścią zarzutów KE, uważającej, że Rosjanie wykorzystują pozycję monopolistyczną w Europie Wschodniej i narzucają zbyt wysokie ceny. Do tego dochodzi kwestia przejęcia udziałów w Gas-Trading latem br., w wyniku czego PGNiG posiada większość głosów na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy EuRoPol Gazu – spółki, która jest właścicielem Jamału. W wielu kwestiach może zatem Gazprom zwyczajnie przegłosować i naciskać na korzystniejsze rozwiązania cenowe.

Ponadto sam fakt rozbudowy Nord Streamu jest tak naprawdę efektem… upadku projektu South Stream. Gazociąg ten, który miał biec przez Morze Czarne i Bałkany, również projektowano w celu uzyskania zdolności wyłączenia Polski, Słowacji i Ukrainy z przesyłu gazu. Wystarczy wyobrazić sobie przebieg obu gazociągów na mapie Europy, by dojść do wniosku, że gdyby plan ten został zrealizowany, Europa Środkowo-Wschodnia znalazłaby się w pewnego rodzaju kleszczach rosyjskich rurociągów. Zamiana South Stream na Nord Stream II nie ma wprawdzie znaczenia z punktu widzenia przepustowości systemów przesyłowych, ale nadal pozostawia południe regionu otwarte na budowę innych gazociągów (np. TANAP czy Nabucco). Rosjanie początkowo chcieli zastąpić South Stream rurociągiem do Turcji (Turkish Stream), ale zdaje się, że nie w smak im zmiana Ukrainy jako państwa tranzytowego na znacznie silniejszą Turcję.

Pięć celów

W tym kontekście niezbędna jest proaktywna polityka energetyczna nowego polskiego rządu, który wyłoni się już po październikowych wyborach. Musi ona obejmować szereg długofalowych działań, z których część wymaga zupełnie innego niż dotychczas spojrzenia na bezpieczeństwo energetyczne.

Po pierwsze, niezbędne jest dokończenie budowy i oddanie do użytku gazoportu w Świnoujściu. Jednocześnie muszą zostać wypracowane takie mechanizmy prawne, które umożliwią jego sprawne i jak najbliższe pełnemu wykorzystanie w przyszłości. Terminal LNG stanie się oknem na świat i samym swoim funkcjonowaniem będzie wpływał na obniżenie cen surowca dostarczanego do Polski na mocy kontraktów terminowych. Ponieważ jest inwestycją w bezpieczeństwo, z której tak czy inaczej będzie korzystać całe państwo i wszyscy obywatele, koszty jego funkcjonowania powinny być traktowane tak, jak traktujemy wydatki na wojsko czy policję.

Po drugie, skoro już powstanie, trzeba konsekwentnie forsować stworzenie korytarza gazowego północ–południe, łączącego terminal w Świnoujściu z planowanym terminalem w Chorwacji, w Omišalju na wyspie Krk. Znacząca część rurociągów i połączeń międzysystemowych, które mogłyby ułatwić stworzenie takiego połączenia, już istnieje, trzeba jednak woli politycznej, aby proces dokończyć. Korytarz taki, gdyby powstał, byłby alternatywą dla istniejącej osi przesyłu wschód–zachód, która ustawia cały region na słabszej pozycji w stosunku do partnerów niemieckich i rosyjskich. Rachunek ekonomiczny takiego połączenia nie jest prostą funkcją końcowej ceny gazu ziemnego na rynku. Trzeba także uwzględnić cenę suwerenności i nabrania odporności na naciski zewnętrzne, związane z cenami i dostawami energii.

„Solidarność europejska” ma dotyczyć, jak się okazuje, wyłącznie poświęceń ze strony nowych państw Unii

Po trzecie, nie wolno się załamywać dotychczasowymi niepowodzeniami w dziedzinie rozwoju wydobycia krajowego. Chodzi tu zarówno o zasoby konwencjonalne, jak i niekonwencjonalne. Niezbędna jest praca nad technologiami, które uruchomią wreszcie potencjał polskich złóż łupkowych i ścieśnionych (tight gas). Samo prawdopodobieństwo uruchomienia ich produkcji spowodowałoby, że Rosjanom zaczęłoby zależeć na tym, żeby nadal dostarczać swój surowiec po atrakcyjnych cenach i nie pozwolić Polsce na wykorzystanie istniejącej infrastruktury do uruchomienia własnego eksportu. Ryzyko utraty rynku polskiego i być może części ościennych mogłoby się realnie przełożyć na utratę wpływów politycznych w regionie.

Po czwarte, trzeba dywersyfikować dostawy poprzez otwieranie kolejnych połączeń międzysystemowych (interkonektorów). Tu jednak wskazana jest ostrożność, ponieważ nie każde połączenie jest w istocie dywersyfikacją. Przykładem może być postulowane połączenie Bernau–Szczecin, które po pierwsze mogłoby tłoczyć wyłącznie gaz z Nord Streamu, a po drugie – stała za nim grupa kapitałowa niedawno zmarłego biznesmena, poważnie inwestującego w polski przemysł chemiczny. Gdyby zaczęła ona sprowadzać na własne potrzeby tańszy gaz bezpośrednio od Gazpromu, wciąż uwiązane niekorzystnym kontraktem jamalskim PGNiG mogłoby znaleźć się w poważnych tarapatach. Co więcej, przewidywane w projekcie wejście do polskiego systemu przesyłowego doskonale odcinałoby od kraju… terminal w Świnoujściu. Do takiej sytuacji absolutnie nie wolno dopuścić. Jako niemalże monopolista, PGNiG oczywiście nie cieszy się szczególną sympatią rynku i konkurencji, ale nie chodzi o to, żeby je zastąpić Gazpromem.

Po piąte wreszcie, trzeba wykorzystać cały dostępny aparat prawny w ramach UE, wliczając w to skargi do Komisji Europejskiej i Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, aby uniemożliwić, utrudnić bądź opóźnić powstanie Nord Stream II. Każdy zyskany tydzień czy miesiąc pozwoli nam się lepiej do jego powstania przygotować, a zarazem zmniejsza szanse na dokończenie całego projektu. Świat i Europa pełne są niedokończonych i niezrealizowanych projektów infrastrukturalnych, od wspominanego już South Streamu począwszy.

Jak zatem widać, rozgrywka o dostawy gazu do Polski zaczyna wchodzić w nową, trudną i być może decydującą fazę. Aby podołać wyzwaniu, nowy rząd będzie się musiał wykazać profesjonalizmem, determinacją i swego rodzaju wizjonerstwem. Oby żadnego z tych czynników nie zabrakło.


O autorze

Dominik Smyrgała
Dominik Smyrgała
Adiunkt w Instytucie Stosunków Międzynarodowych i Zrównoważonego Rozwoju Collegium Civitas


Skomentuj artykuł
  • WordPress(0)
  • Facebook(0)
  • Google Plus(0)

Skomentuj jako pierwszy "Gazociąg Północny II – requiem dla pewnych złudzeń"

Zostaw swój komentarz

Twój e-mail nie zostanie opublikowany.


*


ZABEZPIECZENIE ANTYSPAMOWE - w celu zabezpieczenia przed robotami spamującymi prosimy rozwiązać proste zadanie. * Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.